eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Mirek Mitrowski - specjalista od łamania bramek, picia mleka na czas i gier komputerowych

- Myślę, że nasze pokolenie, sukcesy, jakie osiągnęliśmy, nie zostały w pełni wykorzystane. Przede wszystkim nie zbudowano odpowiedniego zaplecza. Obiecywano nam halę sportową z prawdziwego zdarzenia, ale zbudowali tylko małą salkę przy szkole na Iwaszkiewicza. To była parodia. Wydali pieniądze na taki koszmarek, który nie nadawał się do gry w lidze. Wciąż nie mogę uwierzyć, że taki zakład, jakim była elektrownia, nie doprowadził sprawy do końca. Przecież to inwestycja, którą Dolna Odra mogła wyciągnąć z podatków. Niestety przespano ten okres i szansa została niewykorzystana. O to mamy największy żal - mówi Mirosław Mitrowski, jeden z najlepszych zawodników i najbarwniejszych postaci w historii gryfińskiej piłki ręcznej. Artykuł o nim można przeczytać w aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej. Poniżej prezentujemy fragment wspomnień

Jak akcentuje Mitrowski, życie sportowca to jednak nie tylko mecze, ale też godziny spędzone na sali gimnastycznej i drugie tyle w autobusie. Jadąc przez dziesięć godzin na spotkanie ligowe, zawodnicy musieli jakoś zabić czas. Szczypiorniści KSE założyli drużynę karcianą w betę.

- Beta? To prosta gra, lepsza od pokera. Gra się talią z 24 kartami. Rozdaje się po trzy karty. Są trzy bitki, trzy lewy do wzięcia. Ustala się stawkę, można złotówkę, można stówę i wtedy rozdając karty każdy musi grać. Gdy rozdający odkrywa karty, mówi atu. Zasada jest prosta, trzeba przebijać. Nawet jeżeli nie ma się koloru, to trzeba atu dorzucić, mimo, że już leży lepszy. Czyli jeśli wyjdę z asa pik… - tłumaczy Mitrowski, a my jesteśmy pewni, że nie warto siadać z nim do stołu. Jak zaznacza, „skoro grać, to na pieniądze”, a my nie wiemy czy dziennikarska pensja starczyłaby na dłuższą rozgrywkę. A w karcianym fachu byli lepsi od niego.

- Najczęściej grałem ja, Krzysiek Świeboda, Aleksy Woźnica i kierownik Jerzy Miler. To była taka stałą ekipa. Najlepszy z nas był Świeboda. Wygrał z nami sporo, ale pamiętam, że raz ucierpiał, popłynął sporo. Przegrał ze mną całą wypłatę z elektrowni, ale summa summarum i tak był grubo na plus – uśmiecha się bohater naszego artykułu.

Osobną historię stanowią obozy przygotowawcze. Ilości zbitych lamp, nikt nie jest już w stanie zliczyć, być może dlatego, że ich naprawa nie stanowiła problemu dla absolwentów Technikum Elektrycznego. Zawodnicy zabijali czas nie tylko na wygłupach i kartach, ale też grając na konsoli. Dbał o to właśnie Mitrowski, który na obozy zabierał… komputer wraz z własnym telewizorem.

- Chciałem, żeby na obozie była rozrywka. To były lata 90., czasy Amigi. Tyrałem na wagonach, żeby sobie ją kupić. Pamiętam, że kosztowała 130 tysięcy złotych na stare, a w elektrowni pensja to 3 tysiące złotych. Pracowałem całe wakacje, straciłem wtedy formę, trener Górny złościł się, że zabiłem całą szybkość. Ale komputer był – śmieje się Mitrowski, który był też posiadaczem największej ilości dyskietek. Jego nieodłącznym towarzyszem, podczas seansów przed Amigą była butelka napoju.

- Wielka, dwulitrowa Coca-cola i stos kanapek – wspomina prezes KPR Jerzy Miler, ówczesny kierownik drużyny.

 

Cały artykuł znajduje się w aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej.

 

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu