eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Po buty, ubranka i gumy Donald, czyli jak Polacy „grabili NRd-owską gospodarkę”.

Niektórzy jeździli za granicę po zakupy, inni by handlować dżinsami i w ten sposób zarobić pieniądze na studia. Dla pierwszych wycieczka do NRD stanowiła okazję zakupu niedostępnych w Polsce butów oraz kosmetyków, podczas gdy drudzy widzieli w niej tylko interes i wracali do kraju bogatsi o kilka tysięcy złotych. Wschodnie Niemcy w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku przyciągały wielu mieszkańców Gryfina i jego okolic, którzy za sprawą otwartej granicy starali się polepszyć jakość swojego życia. Po latach zdecydowali się opowiedzieć nam o swoich doświadczeniach

Wszyscy bohaterowie tego artykułu są zgodni co do jednego: wycieczki do państwa rządzonego przez Ericha Honeckera były dla Polaków zetknięciem z lepszym, choć wciąż socjalistycznym światem. W latach 80. ubiegłego wieku NRD jawiło się im bowiem jako kraj mlekiem i miodem płynący. W czasie, gdy sklepy w Polsce świeciły pustkami a mięso nabywano jedynie na kartki, tuż za "zachodnią" granicą można było kupić niemal wszystko. A co najważniejsze, tych działań nie krępowały niemal żadne trudności.

- W młodzieńczych latach wspólnie z bratem często udawaliśmy się na motorze do pobliskiego Schwedt. Po przekroczeniu granicy w Krajniku Dolnym kierowaliśmy się w stronę dzisiejszej Vierradener Strasse, gdzie za dwie marki kupowaliśmy kurczaka z rożna. Dla nas rarytas, który w Polsce nie był dostępny – opowiada mieszkający wówczas w Widuchowej Wojciech Radomski*.

Jak wspomina, przepustkę do lepszego świata dawała mu legitymacja szkolna lub w późniejszym okresie, dowód osobisty, które uprawniały do przekroczenia granicy. Z dobrodziejstw bliskości granicy najbardziej korzystali wszak mieszkańcy miejscowości nad Odrą.

- Jeździli wszyscy. Zarówno z dużych miast, jak i mniejszych miejscowości. Jeżeli ktoś nie miał samochodu, to mógł skorzystać ze specjalnych autobusów – przypomina Krzysztof Pawlak, który w latach studenckich wspólnie z kolegami udawał się do NRD na handel.

Nie zawsze było jednak tak łatwo, gdyż ze względu na zmieniającą się sytuację w kraju, z czasem doszło do obostrzeń w przepisach. Wzmożony etap ostrożności na granicy przyszedł wraz z grudniem 1981 r. i wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce. Na skutek decyzji generała Wojciecha Jaruzelskiego wyjazdy do NRD stały się niemal niemożliwe. Polacy mogli przekroczyć zachodnią granicę tylko w przypadku wyjazdu na wycieczkę lub na zaproszenie, które musiało dodatkowo zostać zatwierdzone w komisariacie, gdzie interesant otrzymywał paszport. Sytuacja stopniowo ulegała poprawie od 1984 r. Co prawda nie została zniesiona konieczność posiadania paszportu i zaproszenia, ale dostęp do nich był znacząco ułatwiony.

- Wystawiać je mogli obywatele polscy pracujący na codzień na terenie wschodnich Niemiec. Przyjeżdżali do Polski na święta i sprzedawali je ludziom, którzy chcieli udać się do NRD na zakupy – wyjaśnia K. Pawlak, dodając, że następnym warunkiem było posiadanie niemieckich marek na książeczce walutowej. Bez niej w przypadku rewizji znalezione pieniądze były rekwirowane. Nie mówiąc już o innych nieprzyjemnościach.

 

W celu polepszenia życia

Bez względu na poziom trudności, Polacy nie zaniechali wyjazdów do NRD, a nawet udawali się do nich częściej niż zazwyczaj. Mieszkańcy strefy przygranicznej byli w uprzywilejowanej pozycji. Dzięki bliskości granicy i licznym podróżom doskonale znali nie tylko panujące na obszarze granicznym warunki, ale przede wszystkim zapotrzebowanie niemieckiej klienteli. Wyjazdy do NRD miały bowiem tak samo charakter konsumencko-wycieczkowy, jak i czysto handlowy, czy też biznesowy.

O ile w pierwszym przypadku ludzie wracali do ojczyzny z produktami zakupionymi wyłącznie na własny użytek, o tyle druga grupa wycieczkowiczów potrafiła w ciągu kilkudniowego pobytu wzbogacić się nawet o kilka tysięcy marek. Ruchu w interesach nie pogorszyły nawet liczne zakazy oraz obostrzenia. Widmo zysku zawsze okazywało się silniejsze od poczucia bezpieczeństwa i ślepego przestrzegania przepisów.

Największym zainteresowaniem wśród Polaków cieszyły się produkty niedostępne, bądź trudne do zdobycia w kraju. Na szczycie listy deficytowej znajdowały się ubranka dziecięce, czekolada i obuwie, którym należy poświęcić dłuższą chwilę. Wokół modnych w tamtym okresie trampków, butów firmy Salamander czy obuwia na koturnie powstały całe legendy. Wynikały one przede wszystkim z rygorystycznego podejścia celników, którzy nie zezwalali na wywożenie z terenu wschodnich Niemiec tej części garderoby. Polacy mieli jednak świetne sposoby na obejście niewygodnego przepisu.

- Gdy jechałam z synami do Niemiec na zakupy, to zakładałam im stare, zazwyczaj dziurawe buty. W NRD kupowaliśmy nowe i zbliżając się do granicy, zrywaliśmy z nich metki. Następnie trochę je podniszczaliśmy, by wyglądały naturalnie. W innym wypadku celnicy potrafili zabrać je na granicy – wspomina Helena, jedna z mieszkanek Gryfina.

O skali praktykowanego przez turystów zjawiska niech świadczy fakt, że przed przejściami granicznymi powstawały tzw. wzgórza butów. Piętrzyły się na nich setki porzuconych przez turystów zarówno męskich, jak i damskich par obuwia. Z czego wynikało takie zachowanie?

- Celnicy niemieccy widząc, że Polacy kupili buty, potrafili kazać wysiąść z samochodu, wypisywali protokół karny, a następnie orzekali przepadek mienia. Podobnie było z czekoladami, a nawet gumami do żucia Donald. Jeżeli ktoś wwoził do Polski więcej niż pozwalały na to przepisy, to urzędnicy zatrzymywali towar na granicy – wyjaśnia pani Maria.

 

Tranzytem po herbatę Lipton i bułgarski koniak

Mniejszym zainteresowaniem niż słodycze czy odzież cieszył się u Polaków alkohol i wyroby tytoniowe. Na ich przemyt nie decydowały się również osoby, które NRD kusiło ze względów zarobkowych. A warto zaznaczyć, że handel przygraniczny wciągnął niektórych do tego stopnia, że na stałe wpisał się w rutynową czynność tygodnia pracy.

- Jeździłem do NRD trzy razy w miesiącu. Wyjeżdżałem w czwartek po południu, a do Polski wracałem w niedzielę wieczorem. Potem od poniedziałku chodziłem na zajęcia na studiach i od czwartku znów ruszałem w trasę – mówi jeden z rozmówców. - Mieliśmy układy z wykładowcami, którzy przymykali oko na nasze piątkowe nieobecności, a w zamian załatwialiśmy im potrzebne produkty. Czasami zabieraliśmy ich nawet ze sobą – kontynuuje swoją opowieść.

Jak przyznaje, jeden taki wyjazd dawał mu i jego kolegom zabezpieczenie finansowe i miesiąc spokojnych studiów. Aby jednak zyskać pełne profity, niezbędna była wiedza na temat zapotrzebowania na polskie produkty nie tylko w NRD, ale też na Węgrzech.

Wiele wyjazdów miało charakter tranzytowy i przebiegało się na trasie Polska – NRD – Węgry – NRD - Polska. Oczywiście, w miejscu Węgier mogła równie dobrze pojawiać się Rumunia, gdzie kupowano pelisy ze srebrnych lisów. Z kolei z Czechosłowacji przywożono tanią kawę oraz wełnę, a Bułgaria kusiła naszych rodaków herbatą Lipton, a także koniakami: Słonecznym Brzegiem i Pliską.

-  W Szczecinie był taki zakład produkcyjny Odra, który zajmował się szyciem dżinsów. Staliśmy po kilka godzin, by kupić pięć par spodni. Dwie z nich wrzucało się do torby, a trzy nakładało na siebie. Wszystko to sprzedawaliśmy na dworcu głównym w Berlinie Wschodnim. Następnie kupowaliśmy ubranka dziecięce i lecieliśmy z nimi do Budapesztu. Po korzystnie finansowym pozbyciu się ich nabywaliśmy kolejny towar, który sprzedawaliśmy w NRD. Przed powrotem do Szczecina zaopatrywaliśmy się jeszcze w dresy sportowe i kosmetyki. Mój znajomy miał komis i dostawałem od niego przebitkę w wysokości 350%. Gdy kupowałem krem za markę, odsprzedawałem mu towar za trzy i pół. Oczywiście on sprzedawał je w swoim sklepie po jeszcze wyższej cenie – wyjaśnia po latach jeden z "tranzytowych specjalistów".

 

Wystarczyła żyłka do "małych biznesów"

Interes był bardzo opłacalny. Średnia pensja w ówczesnym NRD wynosiła od 800 do 1000 marek, a po takim trzydniowym wypadzie studenci dysponowali kwotą około 2-3 krotnie większą. Dla lepszej orientacji: butelka piwa w Berlinie kosztowała wówczas 40 fenigów, zaś kurczak z rożna dwie marki. Wydanie całego dochodu graniczyło więc z cudem. Znacznie łatwiej z kolei można było podreperować domowy budżet.

Niezwykle ważne dla robienia interesów okazywały się otwarty umysł i umiejętność kalkulacji. Lata osiemdziesiąte były okresem największej popularności takich zespołów jak Depeche Mode, Iron Maiden czy Modern Talking. Na terytorium wschodnich Niemiec płyty winylowe były trudno dostępne. Tymczasem, bardzo dobrym zaopatrzeniem mogły poszczycić się za to sklepy szczecińskie.

- Kupowaliśmy do trzydziestu płyt w nieistniejącym już sklepie muzycznym przy ulicy Hołdu Pruskiego a potem z ogromną przebitką sprzedawaliśmy je Niemcom. Nie skłamię, jeśli powiem, że nie mijała godzina, gdy nie mieliśmy już towaru – wylicza Wojciech.

Płyty nie były wyjątkiem. Na jednej płaszczyźnie z nimi można było stawiać wspomniane już dżinsy i okulary przeciwsłoneczne. Doskonale widać, że wystarczyło mieć żyłkę do interesów i nie bać się ryzyka. A to pojawiało się w momencie, w którym dochodziło do transakcji.

 

Grupowa działalność

Jak wyglądało samo upłynnianie towaru? Zazwyczaj odbywało się w ruchliwych, widocznych miejscach. Zapewniały one liczną klientelę oraz zyski, ale też narażały na konsekwencje. Dlatego sprzedaż prowadzona była w grupach.

- Na dworcu w Berlinie był długi pasaż i tam stawaliśmy z towarem. Dwie osoby sprzedawały, a dwie pozostałe pilnowały dróg dojazdowych i tego, czy nie zbliża się milicja. Trzykrotnie zmuszony byłem uciekać, ale nigdy mnie nie złapali. Gdy pojawiali się funkcjonariusze, to dzięki kolegom na straży wiedzieliśmy o zagrożeniu szybciej od innych sprzedawców. I to ich łapali, podczas, gdy my uciekaliśmy z towarem i pieniędzmi – opisuje Krzysztof Pawlak, który w ciągu kilkuletnich podróży doświadczył wiele przygód.

Nie zawsze radosnych i z happy endem, gdyż mieszkańcy NRD z czasem zmienili swoje pozytywne nastawienie do polskich praktyk handlowych.

 

Problematyczne powroty do domu

Nieprzychylne spojrzenie na "polskie zakupy" wynikały z przekonania o grabieniu niemieckiej gospodarki.

- Na granicy celnicy uznawali, że kupując towary w ich sklepach, ograbiamy gospodarkę NRD, bo przez nas zabraknie produktów dla Niemców. Podobnie było w samych sklepach. Gdy do nich wchodziliśmy, to wszyscy tam zgromadzeni patrzyli na nas wrogo i towarzyszyli nam podczas zakupów – relacjonuje 55-letni dziś Marek. 

O ile mieszkańcy NRD utrudniali przedsiębiorczym studentom i turystom z Polski życie wyłącznie poprzez złośliwe uśmiechy i kąśliwe komentarze, o tyle zmorą byli niemieccy celnicy, którzy rygorystycznie podchodzili do swoich obowiązków.

Jak zgodnie przyznają ludzie zajmujący się wymianą handlową na granicy, najgorsze były powroty, bo Niemcy gruntowanie wszystko sprawdzali i niejednokrotnie potrafili także zarekwirować zakupy. Ze względu na negatywne nastawienie i fakt, że kary za próbę przekupstwa pracownika celnego były za wysokie, drobni handlarze nie decydowali się na kuszenie losu. Zamiast ryzykować rewizję osobistą, utratę wolności, a nawet zdrowia, woleli pozbyć się niewygodnych produktów.

-  Niemieckich celników nie było warto było próbować przekupić. Baliśmy się, bo potrafili wysadzić nas z samochodu w kajdankach i zawieźć do aresztu. Nie robiłem tego ani ja, ani moi koledzy. Dawaliśmy łapówki Polakom, ale nie Niemcom. Już lepiej było pozbyć się towaru – potwierdza Krzysztof.

Choć wracające z NRD osoby potrafiły wyrzucić niedozwolone produkty, wolały nie czynić tego z zarobionymi pieniędzmi. Każda osoba wyjeżdżająca do "Niemiec Honeckera" musiała posiadać książeczkę walutową z wpisaną kwotą zakupionych wcześniej w banku marek. Co więc w sytuacji, gdy po sprzedaży towarów ilość gotówki w portfelu przewyższała tę wpisaną na karcie?

- Często wracaliśmy pociągiem. Rozkręcało się podsufitki albo zawijało pieniądze w papier toaletowy i wrzucało do śmietnika. Oczywiście dwie, trzy osoby musiały stać na straży, by ktoś przypadkowy tych pieniędzy nie zabrał – wyjaśnia Marek.

Gdy wymagała tego sytuacja, wiele osób potrafiło zdecydować się na kilkudniową rozłąkę z gotówką i zakopanie jej w bezpiecznym, lecz charakterystycznym miejscu.

Zgoła odmiennie wyglądało za to podejście polskich celników. W większości przypadków nie tyle nie dostarczali wracającym z obczyzny rodakom kłopotów, co pozwalali sobie nawet na przyjmowanie od nich tzw. drobnych upominków.

- Naszych nie interesowało to, co wwozimy i co wywozimy. Czasami dawało się im flaszkę, ale na ogół nie robili problemów i szybko wpuszczali nas do kraju – nie ukrywa Krzysztof.

Dla niego i wielu mu podobnych NRD objawiało się w tym czasie jako socjalistyczny raj na ziemi, gdzie można było nie tylko zrobić zakupy, ale za stosunkowo niewielką cenę zjeść obfity obiad w restauracji. Wszystko to w czasie, gdy w Polsce mięsno kupowano tylko na kartki. Dlatego "ograbianie niemieckiej gospodarki" było dla Polaków przepisem na polepszenie jakości życia. A raczej jego osłodzenie w tak ciężkim, choć przełomowym okresie. 

 

* wszystkie pojawiające się w artykule imiona i nazwiska na prośbę rozmówców zostały zmienione. 

 

 

 

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu