eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Rok temu odszedł duchowy ojciec naszego miasta. Wspominamy prałata Kozłowskiego

Wspominamy księdza prałata Bronisława Kozłowskiego – kapłana z powołania, duchowego ojca naszego miasta, który odszedł od nas dokładnie przed rokiem, 8 maja 2017 roku. Prezentujemy artykuł, który ukazał się wówczas na łamach Gazety Gryfińskiej

- Kiedy jeszcze byłem proboszczem, to dotknęła mnie straszna choroba nowotworowa. Odchorowałem dziesięć lat i jednocześnie prowadziłem parafię, nie dawałem tego odczuć nikomu. Choroba ponowiła się, gdy potem na krótko objąłem w zastępstwie parafię w Chwarstnicy. Przeszedłem już dwie operacje. To najgorszy wróg, którego ciężko pokonać – drugiego sierpnia 2016 roku mówił na naszych łamach ksiądz Bronisław Kozłowski. W tym samym czasie ksiądz prałat obchodził 60-lecie posługi kapłańskiej. Mimo nierównej walki, niemal regularnie, każdego dnia, odprawiał mszę świętą o godzinie 9.00. Jak przyznawał, w prowadzeniu normalnego życia i nierezygnowaniu z dotychczasowego planu dnia pomagała mu głęboka wiara.

- Zwłaszcza, kiedy dotknął mnie nowotwór, to ciągle miałem ufność w Matkę Bożą. Punktem zbornym był obraz Matki Boskiej, Hołd Stanu Stanisława Kaczor - Batowskiego, ten który przywiózł ks. Palica. Gdy przychodziły momenty załamania, jak u każdego człowieka, to nieraz przychodziłem w nocy, klękałem i modliłem się – mówił przed dziewięcioma miesiącami, po raz pierwszy przyznając, iż jego ostatnim życzeniem jest pochówek w Gryfinie, ukochanym mieście, w którym spędził 45 lat życia.

Dzieciństwo w cieniu wojny

Bronisław Kozłowski urodził się 15 października 1932 roku w Wilnie. Po raz pierwszy krzywd i cierpienia doznał już jako dziewięcioletni chłopiec, gdy jego rodzinne miasto znalazło się pod sowiecką okupacją. Druga wojna światowa odbiła zresztą na rodzinie przyszłego prałata ogromne brzemię. Na skutek działań zbrojnych, w ramach obrony przed najeźdźcami, śmierć poniosło dwóch starszych braci gryfińskiego kapłana.

- Podczas wojny cała moja rodzina była w rozsypce, byliśmy rozproszeni niemal po całej byłej Polsce. Miałem siedmiu braci, dwóch z nich zginęło w 1939 r. Było to tragicznym przeżyciem dla mojej mamy. Widziałem jej wielki ból w sercu do tego stopnia, że czasami z powodu tego bólu, aż traciła pamięć. Było to dla nas straszne uderzenie – wspominał po latach B. Kozłowski, będący najmłodszym z rodzeństwa. Być może z tego względu otoczony został największą opieką. 

- Mnie jako najmłodsze dziecko rodzice starali się mieć zawsze przy sobie. Ojciec Ignacy miał ukończoną wyższą szkołę, a mama Bronisława była absolwentką zwyczajnej szkoły. To była miła zawierzona kobieta, która ufała Bogu. Moi rodzice byli bardzo religijni i to właśnie ich działanie miało na mnie ogromny wpływ. Ufność w to, że ta wojna kiedyś się skończy, że kiedyś wszyscy się złączymy, była bardzo istotna – opowiadał w rozmowie z Kamilem Milerem. Jak widać wiara odgrywała w życiu Kozłowskiego wielką rolę już od najmłodszych lat. Wspominane przez niego przeświadczenie, że życie kiedyś wróci na właściwe, spokojne tory ziściło się po sześciu latach, gdy doszło do zakończenia najkrwawszego z konfliktów w dziejach świata. Zawieszenie działań zbrojnych nie przyniosło jednak ulgi rodzinie Kozłowskiego. Chociaż zdawało się, że nastąpi kres palenia domów, nędzy, głodu i śmierci, życie mieszkańców Kresów Wschodnich wciąż miało być pełne niepokoju.

- W 1945 r. ogłoszono koniec wojny, ale u nas na Wilnie, gdy biły potem dzwony w kościele, wcale nie było radości. Wojna się skończyła, a my dalej, można powiedzieć, pozostaliśmy w niewoli. Musieliśmy bowiem opuścić swoje domy, cmentarze, miasta, kościoły i uciekać na zachód. U nas nie było takiej walki jak w Wołyniu, Rosjanie byli prawosławni, ale żyli w ekumenizmie, w zgodzie. Musieliśmy jednak uciekać transportem kolejowym, bydlęcymi wagonami. Jechaliśmy może z tydzień, bo ciągle były kontrole, gdyż nieustannie poszukiwano żołnierzy AK, którzy byli dobrze zorganizowani na Wileńszczyźnie – opowiadał ksiądz prałat, wskazując na makabryczne warunki podróży, która miała miejsce mroźną zimą 1945/1946.

Pomaganie ludziom celem życia

Dwutygodniowa wędrówka jego rodziny z odebranego Polsce Wilna prowadziła przez Piłę, do Kalisza Pomorskiego, a następnie Kwidzyna. To właśnie w mieście, znajdującym się nieopodal Malborka nastąpił jej kres, a Kozłowscy zaczęli nowy etap życia. Doświadczenia dzieciństwa, w tym wciąż żywa śmierć braci, ukształtowały 15-letniego wówczas Kozłowskiego, ukierunkowując jego przyszłe działania. Widząc na własne oczy bezwzględność wojny i niczym nieuzasadnioną ludzką krzywdę, powziął za życiowy cel niesienie pomocy potrzebującym.

- Już jako dziecko ciągle myślałem o tym, jak przyjść z pomocą innym ludziom. Chociażby tym, którzy nie mają chleba czy chodzą boso. Postanowiłem więc pójść w kierunku kapłaństwa – mówił przed niespełna rokiem dla naszej gazety. Co ciekawe, służenie Bogu nie było jedynym pomysłem na dorosłe życie. W ówczesnej prasie przeczytał jednak, że brakuje księży na Ziemiach Zachodnich. Stanowiło to asumpt, by udać się do małego seminarium w Słupsku, gdzie zdał egzamin dojrzałości.

- Po zdobyciu matury w 1951 r. podjąłem decyzję o służeniu Matce Boskiej. Wiadomo, że wcześniej była wizyta i przemyślenia na ten temat na Jasnej Górze. Wstąpiłem do seminarium w Gorzowie, mieściło się ono przy ul. Warszawskiej. Warunki tam były tragiczne, to był czas komuny. Nie było żadnego przydziału, musieliśmy więc wychodzić w teren i zbierać ziemniaki, żeby mieć co jeść – wspominał.

Seminarium ukończył w 1956 r., 24 czerwca zyskując święcenia, wraz z 44 innymi chłopcami z całego kraju. Wkrótce po tym, jako młody wikary, trafił do małej parafii, gdzie wygłosił swoje pierwsze kazanie. Jak pokazał czas, ostatnie w tym miejscu. Na skutek braku przydziału, wynikającego z konfliktu na linii państwo-kościół, został odesłany do domu i przez pierwsze miesiące jedynie zastępował chorych księży na ziemi gorzowskiej. Pierwszy dekret otrzymał na Polanów, gdzie służył jako wikary przez trzy lata. Następnie, przez trzynaście lat święcił posługę w Żydowie, będąc zarazem dziekanem w Sławnie.

 

Proboszcz na trudne czasy

Do naszego miasta ks. Bronisław Kozłowski trafił 17 kwietnia 1972 roku. Decyzja o tym zapadła bardzo szybko, a późniejszy prałat nie miał czasu na zastanowienie.

- Muszę przyznać, że decyzja była dla mnie niełatwa, ale musiała być błyskawiczna. W sobotę w kaplicy w Gorzowie, ks. Pluta udzielił mi błogosławieństwa, a w niedzielę byłem już tutaj – zdradzał. Gryfino, które ujrzał przed 45 laty znacząco różniło się wyglądem od miejsca, w którym żyjemy obecnie. Miało siedem tysięcy mieszkańców, lecz nowych bloków było niewiele. Znacznie więcej starych bram i slumsów.

- Byłem bardzo mile zaskoczony miastem. Największe wrażenie zrobiła na mniej przychylność parafian. Zarówno w mieście, jak i w okolicznych wioskach. Moim pierwszym odruchem było nawiązanie kontaktu z ludźmi. To stało się moją największą misją. Rozpocząłem to w sposób niezwykle delikatny, od składania wizyt w każdej szkole, przedszkolu, ale też sanatorium w Nowym Czarnowie – opowiadał.

W tym czasie proboszczem Gryfina był ks. Jerzy Kowalski, który borykał się z problemami zdrowotnymi. Z tego powodu, ks. Kozłowski początkowo został jedynie dziekanem w parafii pw. Najświętszej Maryi Panny. Obowiązki proboszcza spoczęły na jego barkach dopiero po śmierci poprzednika w 1977r. W ciągu pięciu lat, dzięki pomocy ks. Kowalskiego, „nauczył się miasta” oraz jego mieszkańców.

- Moim zadaniem była początkowo pomoc w administrowaniu parafią. To już wówczas była duża wspólnota, dodatkowo kościół wymagał pilnego remontu. Przede wszystkim jego dach – mówił w rozmowie z Kubą Kasprzykiem. To właśnie naprawa dachu była jego pierwszym dokonaniem w nowym miejscu, pod względem budowlanym. Trudniejszym zadaniem okazał się jednak proces scalenia społeczeństwa. Trzeba zaznaczyć, że Kozłowski trafił do Gryfina w trudnym okresie. Na początku lat 70-tych ubiegłego stulecia doszło bowiem do rozpoczęcia budowy Elektrowni Dolna Odra w Nowym Czarnowie. Poskutkowało to przybyciem na teren naszej gminy, wielu tysięcy ludzi z całego kraju. Spora ich grupa pozostała w Gryfinie także po uruchomieniu zakładu pracy, co wiązało się ze znaczącym wzrostem liczby mieszkańców.

- Rozpoczęcie szerzenia katechizacji w Gryfinie było jednym z najtrudniejszych momentów w moim życiu. Przede wszystkim dlatego, że nie było gdzie uczyć tej wielkiej liczby dzieci – przyznawał Kozłowski, który z tego względu przerobił pobliską stajnię na dwie salki katechetyczne. Szereg działań sprawił, że kościół stał się swoistym punktem zbornym, dla przyjezdnych z całego kraju.

 

Z krzyżem przeciwko „Stanowi Wojennemu”

Energiczny, zaledwie 40-letni dziekan w znaczącym stopniu przyczynił się do rozwoju naszego miasta. W okresie swojej kapłańskiej posługi natknął się jednak na kilka problemów, wynikających z jego pracy.

- Jedyne kłopoty, które dały mi się we znaki, to były wezwania władz w związku z treścią moich kazań. Często bywałem na Grunwaldzkiej w Gryfinie i na Małopolskiej w Szczecinie (siedziby PZPR – przyp. red.). Mam świadomość, że ci ludzie niewiele byli winni, bo wykonywali jedynie polecenia władzy – wspominał Kozłowski, który otrzymywał także anonimy. Jeden z nich był treści: „Jeśli nie opuścisz Gryfina, to popłyniesz z Odrą”. W żaden sposób nie zahamowało to działań księdza. Ważny okres jego działalności stanowiły też lata 80-te XX wieku. Po „Festiwalu Solidarności” przyszedł „Stan Wojenny”, w którego okresie Kościół odegrał ważną i wielką rolę. Pogrążonym w lęku i niepewności ludziom dawał poczucie więzi i braterskiej miłości oraz konkretną, materialną pomoc. Za tę działalność władze komunistyczne szykanowały i prześladowały księży.

- W czasie stanu wojennego zorganizowałem Nabożeństwo Niepodległościowe. Nigdy tego nie zapomnę. Budynek kościoła nie był w stanie pomieścić wszystkich wiernych. Stali więc na ul. Kościelnej i na Pl. Barnima. Jak zaśpiewali „Matko, nie opuszczaj nas”, „My chcemy Boga”, „Racz nam wrócić, Panie”, to nie chciałem kończyć tego nabożeństwa – opowiadał na łamach naszej gazety ks. Dziekan, który po odprawieniu mszy, wraz z wiernymi i krzyżem powędrował do Elektrowni Dolna Odra. Ks. Bronisław Kozłowski odgrywał ważną rolę także po 1989 roku, w czasach wolnej Polski. Zajmowała go nie tylko bieżąca działalność, ale też prace remontowe, w tym naprawa organów, ambony, czy witraży oraz postawienie od fundamentów kościołów w Pniewie, Żabnicy i Krajniku. Tym sposobem, ks. Kozłowski spełnił wszystkie swoje założenia.

- Zawsze za cel miałem budowę Kościoła duchowego. Chciałem też by był on otwarty na ludzi, by wyjść na ulicę i mieć wielu przyjaciół – mówił w wywiadzie z 2016 roku. Gdy po raz pierwszy poinformował o chorobie, spotkał się z wieloma znakami przyjaźni i troski, ze strony wiernych. Gdy z różnych względów zabrakło go na porannej mszy św., otrzymywał pytania dotyczące swojego stanu zdrowia. Został doceniony także przez władze gminy, otrzymując honorowe obywatelstwo miasta. Uważał, że zobowiązuje go to do codziennego głoszenie słowa Bożego, także na emeryturze.

Prawo kanoniczne stanowi, że kapłan po ukończeniu 75 roku życia, musi zrezygnować ze stanowiska, bez względu na to, czy jest proboszczem, czy biskupem. Ten moment w życiu dziekana Kozłowskiego nastąpił w 2009 r., gdy, w czasie uroczystości odpustowej, poinformował wiernych, iż „przychodzi czas, w którym trzeba odejść”. Chociaż większość księży udaje się do domu emeryta przy ulicy Arkońskiej w Szczecinie, bądź wraca w rodzinne strony, ks. Kozłowski pozostał w Gryfinie. Ostatnie lata życia zajęło mu pisanie wspomnień, a także dalsza działalność na rzecz społeczności.

- Ostatnie lata były dla mnie trudne, wiadomo, że borykam się z ciężką chorobą. Gdy się o niej dowiedziałem, nogi się pode mną ugięły. Na szczęście ciągle mogę pracować, mam za co dziękować Bogu – zaznaczał dziekan, który w 2012 roku, z rąk Arcybiskupa Andrzeja Dzięgi, został uhonorowany przez papieża Benedykta XVI tytułem prałata. Był aktywny do ostatnich tygodni swojego życia, wypełniając swoją życiową misję. Choć Gryfino straciło wielką postać, wierni nie powinni pogrążać się w smutku. Wszak sam ksiądz Kozłowski przyznawał, że w końcu zawsze „Przychodzi czas, w którym trzeba odejść”. Ważne jednak, by po jego nadejściu, nie „zmarnować tego co zostało zrobione*”.

 

*oba cytaty pochodzą z wywiadu, opublikowanego na łamach Gazety Gryfińskiej 16 września 2009 roku.

 

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu