eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Strażak, który stracił obie nogi: Po wypadku wyskakiwałem z łóżka na dźwięk syreny

Zdjęcie Mirosława Jeremicza wykonane kilka miesięcy po wypadku
Zdjęcie Mirosława Jeremicza wykonane kilka miesięcy po wypadkuAutor: Archiwum

Mirosław Jeremicz do 2010 roku był strażakiem w Ochotniczej Straży Pożarnej w Chojnie. Podczas jednej z akcji stracił obydwie nogi, za co do dzisiaj nikt nie poniósł odpowiedzialności. Tuż po wypadku wiele osób włączyło się w pomoc byłemu strażakowi. Postanowiliśmy odwiedzić Mirka po prawie siedmiu latach od tego tragicznego zdarzenia i sprawdzić, jak się czuje

Mirosław Jeremicz pracował jako zawodowy kierowca. Ale swój wolny czas często poświęcał ratowaniu cudzego życia i mienia. W OSP Chojna uczestniczył w 180 interwencjach. Los chciał, że zarówno jego pierwsza akcja, jak i ostatnia, miały miejsce w Lisim Polu. 20 października 2010 roku chojeńscy strażacy otrzymali zgłoszenie o rozlanym paliwie na drodze w tej miejscowości.

- Pamiętam, jakby to było wczoraj. To miała być zwyczajna interwencja mająca na celu usunięcie plamy na drodze w miejscu, gdzie już wcześniej zdarzały się tego typu sytuacje – opowiada Mirosław Jeremicz.

Mirek wysiadł z wozu bojowego, aby wyciągnąć potrzebny sprzęt ze schowka. Pamięta, że gdy stał przy wozie, odwrócił się i nagle zauważył jadący wprost na niego samochód. Na odpowiednią reakcję było już za późno. Samochód, którego kierowca miał wpaść w poślizg na plamie oleju, wjechał wprost w strażaka. Siła uderzenia była bardzo duża, na dodatek skierowana była dokładnie w nogi mężczyzny, które zostały przygniecione do strażackiej jednostki. W wyniku tego zdarzenia Mirosław Jeremicz stracił obydwie kończyny.

Ponad dwa miesiące mężczyzna spędził w szpitalu, nie widząc w tym czasie w ogóle swojego małego synka. Dużym wsparciem była dla niego żona, która codziennie go odwiedzała.

- Bardzo chciałem jak najszybciej wrócić do domu. Pamiętam, że często płakałem, chcąc zobaczyć swoje dziecko – mówi M. Jeremicz. – Bez wsparcia żony na pewno gorzej zniósłbym ten okres – dodaje.

Jeszcze wiele miesięcy po wypadku Mirek miewał koszmary związane z tragicznym wypadkiem. Nie mógł pogodzić się z tym, że już nigdy nie pojedzie do żadnej akcji.

- Wyskakiwałem z łóżka na dźwięk syreny, chcąc jechać do interwencji, upadałem przy tym na podłogę – wspomina M. Jeremicz.

 

Obszerny artykuł, dotyczący obecnej sytuacji Mirosława Jeremicza, można przeczytać w najnowszym numerze Gazety Gryfińskiej.

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu