eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Zawsze jest jakiś plan B, a jak nie, to C - czyli o drugiej książce Anny Sznigir

Anna Sznigir napisała drugą książkę, pod wiele mówiącym tytułem
Anna Sznigir napisała drugą książkę, pod wiele mówiącym tytułem "Choroba to walka"Autor: Kamil Miler

Anna Sznigir właśnie wydała swoją drugą książkę. Pretekstem do napisania obu była historia jej zmagań z chorobą. Dziś, mimo wielu trudnych chwil i momentów zwątpienia, chce wspierać innych, którzy tego potrzebują. Już w tę środę, 11 lipca, będzie można spotkać się z panią Anną podczas wieczoru autorskiego w gryfińskiej bibliotece

Ponad 30 lat temu rozpoznano u niej MIZS, czyli młodzieńcze idiopatyczne zapalenie stawów, choroba doprowadzała Annę do wyczerpania fizycznego i psychicznego, konieczna w jej przypadku okazała się również wymiana obu bioder. Przeszła zabieg wstawienia endoprotez. Pierwsza książka pani Anny nosi znamienny tytuł „Endoproteza biodra - zła czy dobra? Przeżycia pacjenta”. Po opublikowaniu jej, do gryfinianki zaczęły zgłaszać się osoby z podobnymi doświadczeniami lub będące w takich stadiach choroby, że potrzebowały dobrego słowa i otuchy. Poniżej rozmowa z gryfinianką.

Przed panią drugi wieczór autorski, bo właśnie ukazuje się publikacja „Choroba to walka”.
- Tak, to kontynuacja pierwszej książki. Od wydania tamtej mija rok. Na wieczór zapraszam do gryfińskiej biblioteki 11 lipca na godzinę 17.00.

Od razu był pomysł na dalszy ciąg?
- Po napisaniu pierwszej książki miałam mnóstwo zapytań. Zainteresowanie czytelników było spore. Wiele osób z całej Polski pytało o możliwość zakupu, rozsyłałam książkę po kraju. Wracali z pytaniami: jak się żyje po operacji. Dlatego postanowiłam pisać dalej. Nie wykluczam też powstania trzeciej odsłony.

Co więc zawarła pani w swojej drugiej publikacji?
- Żeby nie było tylko o samej chorobie, można znaleźć fragmenty lżejsze, np. moje wspomnienia z urlopu wypoczynkowego. Generalnie książka ma nieść pewne przesłanie: nigdy nie można się poddawać. Mogę to tak zobrazować: jeśli wszystkie drzwi się zamykają, to są przecież okna, jak ktoś zamknie okna, to jest jeszcze komin. Z różnych stron trzeba próbować, walczyć o siebie w chorobie, to chcę przede wszystkim przekazać czytelnikom tej książki. Chcę, żeby zdawali sobie sprawę, tak jak to było w moim przypadku, że trzeba wykorzystać wszystkie możliwości. Aby pamiętali, że zawsze jest plan B, a jak nie to C itd. W jakimś stopniu mogę pomóc, wytłumaczyć czy rozjaśnić pewne kwestie związane z chorobą.

Ale rok temu podczas rozmowy z nami mówiła pani, że unika chorych, bo to pogłębia pani złe samopoczucie.
- Tak było do czasu, kiedy zaczęłam pisać. Tę pierwszą książkę napisałam po to, aby nadać temu wszystkiemu jakiś sens - chorobie, cierpieniu i temu, co wokół tego było. Po tym już zaczęłam wychodzić naprzeciw ludziom. Sama od dzieciństwa uważałam się za zdrową osobę, nie chciałam o chorobie w ogóle myśleć. Teraz chcę służyć pomocą i dobrą radą, chcę być dostępna, dla tych, którzy mają pytania lub czują się osamotnieni w związku z chorobą.

Czyli książka może być również inspiracją dla osób z innymi schorzeniami?
- Może być dla wszystkich. To uniwersalna książka, nie jest to typowo medyczna pozycja. Wiadomo, że chciałabym, aby dotarła najbardziej do ludzi, którzy potrzebują wsparcia.

Spotyka ich pani na co dzień?
- Wymiana stawów biodrowych czy kolanowych to są bardzo powszechne zabiegi. Osoby w przedziale wiekowym 50-70 lat są kierowane na nie z uwagi na zużycie stawów ze względu na wiek lub ciężką pracę, którą wykonywali w życiu. W Gryfinie spotykam wiele osób, które opowiadają, że ich bliscy czekają na operację albo są tuż po niej, pytają, radzą się mnie w różnych kwestiach. Po wstawieniu endoprotezy niezbędna jest rehabilitacja. 90% osób rehabilituje się w Szczecinie. Pomorski Uniwersytet Medyczny wydaje się, że ma taki duży prestiż, ludzie nie mają pojęcia, że w Gryfinie jest taki dobry fachowiec.

Jak przebiega pani rehabilitacja?
- Wcześniej sama też jeździłam do Szczecina. Teraz 4 razy w tygodniu ćwiczę pod okiem Włodka Kliasena. Jest to intensywna rehabilitacja, lekarze oddają to w ręce rehabilitantów, jeśli ci drudzy znają podłoże choroby, to sami mają decydować o stopniu natężenia ćwiczeń. Ortopedzi nie wtrącają się w kwestie rehabilitacji.

I jak się pani czuje?
- Jestem bardzo zadowolona. Dolegliwości się zmniejszają. Pan Włodek ma niesamowite podejście do pacjenta. On ma talent, sama na sobie się przekonałam. To nasz gryfiński skarb.

Czy zawsze już rehabilitacja będzie pani towarzyszyć?
- Trudno powiedzieć. Nie wiadomo na tę chwilę, nie można tego stwierdzić.

Czy walka o zdrowie przesłania pani wszystko?
- Jest na pierwszym miejscu, zdrowie jest chyba dla wszystkich najważniejsze: bycie sprawnym, normalne funkcjonowanie w społeczeństwie, normalne wchodzenie po schodach itd.

Wspominała pani podczas poprzedniej rozmowy, że jednym z marzeń jest jazda na rowerze, udało się?
- Próbuję na stacjonarnym, ale muszę przyznać, że jest ciężko. Wierzę, że się uda, bo jestem uparta.

 

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu