Advertisement
eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Jak to było dziesięć lat temu

Uczyłem się do matury z historii, gdy zadzwonił telefon. - Cześć, z tej strony Tomek Miler. Chcesz pisać u mnie w gazecie? – spytał bez dłuższych wstępów. Poznaliśmy się dużo wcześniej, gdy był młodym dziennikarzem „7Dni Gryfina”, a ja uczniem piątej klasy. Miałem 11 lat i pisałem do gazetki szkolnej „Łajba”. Byłem też małym mądralą. W czasie „Dnia Unii Europejskiej”, obchodzonego w SP nr 2, opowiadałem Tomkowi o historii wspólnoty, a on napisał o mnie artykuł i złożył „obietnicę”. - Mówiłem, że kiedyś zadzwonię z propozycją pracy – kontynuował głos w słuchawce. - Razem z bratem chcemy z tobą porozmawiać. Przyjdziesz do naszego baru? Wiesz gdzie to?

TKM znajdował się nieopodal mojego mieszkania. Na miejscu dowiedziałem się, że mam współredagować dział sportowy.

- Ale nie w „7Dniach”. Zakładamy nową gazetę – zdradzili bracia, pod groźbą połamania mi wszystkich kończyn, jeśli zacznę rozpowiadać o ich planach wśród znajomych.

- Powiem, bo mnie wkręcacie. Nie jestem głupi, dziś Prima Aprilis - rzecz działa się 1 kwietnia 2009 r.

Wiedziałem, że propozycja pracy nie jest żartem, ale nie wierzyłem w nową gazetę. Gdy zabrali mnie do siedziby redakcji, Gazeta Gryfińska stała się w moich oczach realna.

Cztery dni później, w ramach terenowego przeszkolenia, Kamil wysłał mnie na mecz Energetyka z Leśnikiem Manowo. „To tylko ćwiczenie, ale pisz tak, jakby relacja miała iść do gazety”. Stanąłem na trybunach z grupą znajomych. Notowałem… praktycznie wszystko.

- I to będzie w gazecie? – pytali niepewnie koledzy, spoglądając przez moje ramię.

- To akurat nie, bo zaczynam za trzy tygodnie.

- Ale jak to? Będziesz chodził na mecze, opisywał je, a ludzie później będą to czytać?

- Tak to właśnie działa.

- A będą ci płacić?

Sytuacja była irracjonalna, bo nie należała do naszego świata. Za miesiąc mieliśmy podejść do egzaminu dojrzałości, lecz dorosłość wciąż znajdowała się gdzieś daleko od nas, niby w innym świecie. Sam zresztą nie miałem świadomości, że w moim życiu zaczyna się nowy etap. Pisanie przychodziło mi z łatwością, więc nie traktowałem „zawodowego dziennikarstwa”, jako czegoś nowego. Być może z tego względu nie czułem specjalnych emocji, czytając swoje wydrukowane teksty, ani nawet wtedy, gdy widziałem, że czytają je inni. A może tylko tak to zapamiętałem? Doskonale kojarzę za to moment samego pisania. Cztery bramki w meczu z Orłem Wałcz strzelił Robert Śliwiński, a ja porównałem go do Andrieja Arszawina, który w tym czasie cztery razy pokonał bramkarza Tottenhamu (4:4). Po latach dowiedziałem się, że było blisko, by tytuł „Śliwiński strzelał jak Arszawin” nie poszedł do druku.

- Ile osób w Gryfinie będzie wiedziało, że Rosjanin strzelił cztery bramki w lidze angielskiej? Garstka. Uznałem, że to głupie, ale zostawiłem, by nie podcinać skrzydeł młodemu dziennikarzowi. Później doszło do mnie, że to nie było głupie, a… mądre. Po wyjściu pierwszego wydania naszej gazety rozmawiałem ze „Śliwą”. Podeszli do niego kibice, zaczęli klepać po plecach, mówiąc: „Nasz gryfiński Arszawin” – opowiadał mi Kamil.

Pamiętam, że po meczu zrobiłem wywiad z Markiem Minkwitzem, ale dyktafon zawiódł i rozmowa nie nagrała się. Przez całą drogę do domu powtarzałem w głowie jego wypowiedzi, by żadnej z nich nie zapomnieć. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że trenerzy i zawodnicy ciągle mówią to samo.

- Szukaj ciekawych tematów. Nie pisz suchej relacji. Opisz zawody Hermesa przez pryzmat jakiejś sytuacji, zawodnika. Myślisz o kimś ciekawym? – pytał Tomek.

- Siostry Rybackie.

- To bierz telefon, dzwoń teraz – zmusił mnie naczelny. To był czas, gdy jeszcze nieco krępowałem się dzwonić do nieznajomych, a na dodatek w obecności kolegów z gazety. Byłem najmłodszy w całym gronie.

- Dzień dobry, z tej strony Grzegorz Racinowski – zacząłem nieźle. – Chciałbym się z panią umówić – pamiętam ciszę w słuchawce i śmiech w redakcji.

- Tzn. jestem z gazety i chcę na wywiad! – starałem się wyjść z sytuacji z twarzą. Później było w tym względzie lepiej, choć nie zawsze. Zdarzały się pomyłki, „czeskie błędy”, o literówkach nie wspominając. Czasami podchodziłem też do tematów „zbyt płytko”, by nie powiedzieć, że pobieżnie. Uczyłem się (i wciąż uczę się) dziennikarstwa, w czym paradoksalnie nie pomagało mi ostre pióro. Gazeta lokalna kojarzyła się w Gryfinie z miłym czytadłem. Mało brakowało, a padłbym ofiarą ostracyzmu, gdy w 2010 r. wyśmiałem pomysł powrotu do Energetyka niegdyś czołowego zawodnika.

„Jest za słaby na 3. ligę” – skreśliłem bez ogródek.

- Dlaczego tak napisałeś? – pytali później Tomek z Kamilem.

- Bo to prawda. Może pograć sobie w okręgówce, ale nie w 3.lidze – odpowiedziałem z przekonaniem. W tym czasie zaczytywałem się w „Futbol News” i „Polska Times”.  „Dla gazety nie ma nic gorszego niż obojętność u czytelników” – pisał Paweł Zarzeczny, łącząc w felietonach sport z polityką, literaturą, filmem i z miłością. Chłonąłem i inspirowałem się. W jego tekstach znajdowałem tytuły książek, które „musiałem” przeczytać (tak poznałem m.in. „Pięknych, dwudziestoletnich”) i zapewnienie, że wyrazistość poglądów to nic złego. Utwierdzili mnie w tym zresztą szefowie, nie ingerując w moje teksty. „Skoro tego nie robią, to znaczy, że mogę pisać tak dalej” – tłumaczyłem przed samym sobą. Nie oznacza to, że nie dyskutowaliśmy. Często musiałem tłumaczyć „co” i „dlaczego”. Nie lubiłem krytyki, a raczej nie do końca byłem na nią odporny. W czasie rozmów z szefami irytowałem się, czasami obrażałem, ale zauważyłem, że dzięki tym debatom spoglądam na temat szerzej, dostrzegam nowe wątki. Jednocześnie cieszyła mnie swoboda działania, jaką otrzymałem. Mogłem podjąć każdy temat, byle tylko podejść do niego rzetelnie. Gdy w wakacje 2009 r. szefostwo wyjechało na wakacje, po raz pierwszy miałem zająć się sportem samodzielnie.

- Przecież ty dopiero skończyłeś szkołę, jesteś jeszcze bez matury a zostawili cię samego? Aż tak ci ufają? – pytała koleżanka, a ja byłem (troszeczkę) dumny.

Dziennikarzem, po raz pierwszy poczułem się jednak dopiero w 2017 r, gdy otrzymałem nominację do SGL Local Press. Nie dostałem co prawda „małego” Grand Pressa, lecz poczułem, że moje teksty mogą spodobać się specjalistom (szefem jury był Mariusz Szczygieł, lektura jego „Gottland” za każdym razem wpędza mnie w kompleksy). Poczułem ponadto, że dziennikarstwo spełnia ważną rolę, nie tylko w życiu piszącego.

- Teraz Grzesiek każdy tekst, nawet relację z B-klasy opisuje tak, jakby miał dostać nagrodę – śmiał się Kuba Stankiewicz, ale… faktycznie coś w tym było.

Praca w gazecie była dla mnie (i jest) lekcją życia. Pisząc kolejne teksty zrozumiałem, że do pewnych kwestii trzeba dojrzeć, że wymagają nie tylko przygotowania merytorycznego, ale również emocjonalnego. „Żeby napisać jedną stronę, wcześniej muszę przeczytać sto” – mawiał Ryszard Kapuściński. Dlatego osiem lat temu w gazecie nie pojawił się tekst „Lubański zadebiutował w reprezentacji Polski… na stadionie w Gryfinie”, jak mówili mi ówcześni. Poczekałem, szukałem, aż znalazłem, że wcale tak nie było. Zauważyłem, że idąc na wywiad, paradoksalnie muszę mieć większą wiedzę od swojego rozmówcy. Pamięć bywa zawodna, wszystko trzeba weryfikować. Kierując się tą dewizą napisałem artykuły o wyjazdach gryfinian na „saksy” do NRD i o narkotykach z Wiskordu, za który dostałem nominację w kategorii „dziennikarstwo specjalistyczne”.

Dopiero niedawno poczułem się na tyle gotowy, by zobrazować Floriana Geislera, prezesa KSE, a jednocześnie szefa miejscowej bezpieki. Spędziłem nad jego biografią kilka miesięcy i uważam, że to wartościowa rzecz, nie tylko w kontekście historii miasta, ale także uwarunkowań, jakie łączyły wówczas sport z polityką.

- Gdyby nie praca w gazecie, ta książka pewnie by nie powstała – wpisałem do monografii Odrzanki, wręczając egzemplarz Kamilowi. Co mógłbym napisać z okazji 10-lecia Gazety Gryfińskiej? Szukając fortelu, by zgrabnie i bez zbędnej ckliwości zaznaczyć, że „nic nie miało takiego wpływu na moje życie jak praca dziennikarza”, dochodzę do wniosku, że nie trzeba być aż tak dosłownym. Dziesięć lat w redakcji nauczyło mnie, że nie wszystko należy pisać wprost.

 

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu