eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Borówki i inne cuda tego świata

Nigdy nie ukrywałem, że jestem miłośnikiem owoców. Zarówno tych, sezonowych, jak i sprowadzanych z ciepłych krajów w czasie niewystępowania tych pierwszych. Należą do nich przede wszystkim mandarynki. Uwielbiam też arbuzy, prosto z lodówki, ale ostatnio ograniczam ich spożycie z powodu występującej później… zgagi :)

Ostatnio namiętnie pożeram borówki, zresztą tzw. amerykańskie. Od pewnego czasu obserwuję ich sezonowość, bo w gryfińskich sklepach można je nabywać w cenie porównywalnej do tej sprzed mniej więcej miesiąca, ale w zdecydowanie większych ilościach w opakowaniu. Potrzeba spożywania borówek dla tzw. zdrowotności zapadła mi w pamięć już kilkanaście lat temu, gdy matka mojej przyjaciółki, ówcześnie ciężarnej, targała je córce codziennie autobusem za miasto. Od tamtego czasu wiemy z Magdaleną, że te prawie czarne jagody są niezwykle zdrowe, bo dostarczają organizmowi mnóstwo potrzebnych witamin i minerałów, pozytywnie wpływają na nasz wzrok (podobno w czasie II wojny światowej brytyjscy piloci z Royal Air Force jedli borówki amerykańskie w celu poprawy widzenia w nocy), pamięć, ciśnienie, zapobiegają niektórym chorobom nowotworowym i marskości wątroby. Co roku informujemy się więc, że oto sezon na borówki uważamy za otwarty, a następnie o ich pożartych ich ilościach. Taka nowa świecka tradycja :)

Zanim jednak nastąpił czas pierwszego historycznie sezonu na borówki, to moja przyjaciółka popadła w, zdawałoby się, niekończący się okres pożerania. Moim ważnym zadaniem życiowym w tamtym czasie, w związku z pracą jej małżonka w godzinach popołudniowych i wieczornych, było odwiedzanie najróżniejszych kaliskich przybytków oferujących gorące psy, kebaby w bułce i bez i inne niezwykle nadal modne kulinarnie… paskudztwa. Sprawa była niezwykle prosta: jeszcze w pracy otrzymywałem telefon z podaniem pożądanego menu oraz miejsca, gdzie zamówienie miałbym zrealizować. I nie było żadnego gadania, bo ciężarnej, a szczególnie ciężarnej Magdalenie po prostu się nie odmawiało. Nie wykluczam, że był to czas, kiedy i ja nieco straciłem kontrolę nad swoją wagą, bo jak wszyscy wiemy, spożycia na mieście, szczególnie w budkach gastronomicznych, nie powinniśmy czynić zbyt często.

Wyjątek stanowią oczywiście wczasy, szczególnie spędzane nad polskim morzem. Wtedy nasze podwzgórze, czyli struktura wielkości migdała zlokalizowana wewnątrz mózgu, która odpowiada za wiele funkcji życiowych, m.in. za kontrolę apetytu, przełącza się na obowiązkową potrzebę spożycia ryb. No bo gdzie, jak nie nad morzem. No i absolutnie nie bronimy się przed tym, bo przecież ryby nad morzem naturalnie powinny być najtańsze, bo blisko. Dlaczego o tym wspominam? Bo oto kilka lat temu w zaprzyjaźnionym towarzystwie, między innymi Magdaleny, spędziłem tak zwane wczasy życia w Pobierowie. Piękna pogoda, piękna kwatera, a więc czegóż więcej chcieć? Ano właśnie wspomnianej rybki. Przedostatniego dnia pobytu każde z nas zamówiło inną w jednej ze smażalni przy głównej ulicy, by móc żywo dyskutować podczas spożycia chociażby o wyższości  pstrąga nad mintajem. Pan przyjmujący zamówienie dopytywał każdego z nas o oczekiwaną wielkość ryby z obowiązkowymi frytkami i surówką ogólno warzywną, jednak Magdalena była wtedy wyjątkowo otwarta na propozycje z zewnątrz i zdecydowała, że rozmiar ma być słuszny, bo nie należy się ograniczać. W efekcie na przyuliczny stół wjechało prawdziwe wielkościowe dzieło kulinarnej sztuki, a zamawiająca nie była w stanie dokonać jednorazowej konsumpcji, więc spożywaliśmy to jeszcze grupą następnego dnia. I na tym kończy się sympatyczna część opowieści. Nigdy nie zapomnę twarzy małżonka zamawiającej, który powrócił do nas po uiszczeniu. Napiszę jedynie tyle, że niezbędną stałą się pożyczka gotówki na powrót rodziny Magdaleny do domu :)
Dwa lata później posiadłem niekłamaną przyjemność ponownego pobytu we wspomnianym morskim kurorcie, tym razem poza sezonem. I właśnie wtedy, po raz drugi było mi dane spotkać człowieka od akcji pod kryptonimem „największa smażona ryba świata”. Okazało się, że doskonale pamiętał tamtą sytuację, ponieważ nigdy wcześniej ani nigdy później nikt takiego zamówienia nie złożył. Kiedy skontaktowałem się telefonicznie z Magdaleną, informując radośnie o tym niespodziewanym spotkaniu po latach, ta – bez skrywanych emocji – wyryczała mi do słuchawki krótko: zabij dziada! :)

Ale wróćmy do owoców… Jeśli nie trafiam w sklepie w ostatnim czasie na borówki, bo inni byli szybsi, a ja zakupy czynię zbyt późno, to zastępuję je chociażby malinami. Do tego dorzucam też brzoskwinie lub nektarynki. Obowiązkowo cztery lub nawet pięć. Wcześniej nie stroniłem oczywiście od truskawek, no i czereśni, choć te najlepsze jadłem kilka dni temu w Szwajcarii. Francuskie!

Wszystkie te zabiegi odbywają się w ramach nieustających prób odchudzania i świadomej kontroli spożycia, szczególnie wieczorami, kiedy to mój organizm szczególnie uruchamia się w kwestii łaknienia. Oczywiście wiem, że nie należy jeść zbyt wiele przed snem, niektóre szkoły wykazują nawet, że grzechem jest spożywanie po godzinie osiemnastej, ale niewiele za to mogę, że mój organizm nie jest kompletnie zainteresowany spożyciem w godzinach przedpołudniowych, a zaczyna informować mnie o tej potrzebie mniej więcej o wieszczonej godzinie definitywnego jego zaprzestania.

21 lipca 2018