eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Czcigodni zgromadzeni…

Jak zwykle ostatnio, zwlekałem z napisaniem felietonu do ostatniej chwili, czyli do niedzielnego popołudnia, a właściwie wczesnego wieczoru. Wszystko z powodu, że nie przyszedł mi do głowy żaden lejtmotyw, wokół którego mógłbym ubudować kilkadziesiąt linijek atrakcyjnego czytelniczo tekstu

W tygodniu nie było czasu, żeby o tym pomyśleć. Pracuję przecież w kilku miejscach, więc kiedyś już sobie wytłumaczyłem, że jest czas na robotę i czas na… nierobotę. Niewiele niestety z tego wynika, ale kiedy w dzień powszedni wieczorem organizm krzyczy do mnie: Kasprzyk uspokój się! Jeśli dzisiaj tego nie zrobisz, a jest godz. 21.30, to przecież nic się nie stanie, to zaiste odpuszczam, żeby nie oszaleć. Tak było chociażby w ostatni piątek. Po średnio przespanej nocy, w sobotę pisałem teksty o spodziewanych wydarzeniach kulturalnych, w tym o Sztukowaniu i opracowywałem tekst Władka Sorbiana, a do tego podstawowe sprawy przy wyjątkowo wolnej sobocie: pralka, zmywarka, gotowanie obiadu, a wcześniej zakupy pod dyktando termomiksa . Nuda i codzienność weekendowa. Nic ciekawego dla czytelników…

Wieczorem pomyślałem, że mógłbym napisać o tym, że festiwal w Sopocie tego roku bardzo słaby artystycznie i wydarzeniowo. Ten fakt poruszył mnie niezwykle, głównie z powodu uświadomienia sobie straty czasu, więc pomyślałem, że podzielę się tym z ludźmi, bo być może ktoś odniósł podobne wrażenie i w ten sposób złapiemy fajny kontakt emocjonalny. Nie ma bowiem nic straszniejszego, niż zdać sobie sprawę z faktu, że straciło się ileś tam czasu na coś tam i to kompletnie nieważnego. Zupełnie jak spotkania z władzą każdego szczebla, choć kampania oficjalnie jeszcze się nie rozpoczęła. Ale wracając do festiwalu (zaznaczam, że piszę ten tekst jeszcze przed niedzielnym kabaretonem), w przeciwieństwie do większości Polaków, my koncert Sławomira z małżonką mamy już za sobą, więc ten fragment sopockiej fety także nie mógł mnie jakoś szczególnie… pociągnąć. Kiedy jednak nastąpił koncert jubileuszowy Michała Bajora, który wzruszył mnie tak bardzo, że zrezygnowałem z opcji krytyki festiwalu, bo jak wyglądał - każdy widział. Dodatkowo pomyślałem, że nie ma powodu się martwić, bo pewnie w nocy coś mi się wyśni, a wtedy siądę przy porannej niedzielnej kawce do laptopa i błyskawicznie tekst napiszę.

W niedzielne przedpołudnie niezwykle szybko zapanował jednak upał, więc czas zdecydowanie niesprzyjający wymyślaniu i pisaniu, szczególnie dla mnie. Owszem, miałem sen i nawet go zapamiętałem, co niezwykle rzadko się zdarza. No ale kogo zainteresuje czytanie o tym, że w mieszkaniu za zasłoną znalazłem sześć maleńkich kociąt i największym problemem dla mnie był brak wiedzy, czy jestem w stanie nauczyć je korzystać z kuwety. Hm… To też nienajlepszy pomysł na temat przewodni niezwykle poważnego felietonu, który czytują setki, jeśli nie tysiące ludzi… ;)

Po obiedzie trochę musiałem odpocząć i nagle okazało się, że idzie burza. O burzy więc napiszę - pomyślałem. W czasie jej trwania - niewiele jednak z tego wyszło, bo w związku z faktem, że w najbliższej okolicy mieszkam jakby najwyżej ze wszystkich, to w czasie strzelania piorunów miewam pewne obawy. Obserwując mojego kota (jednego), a właściwie nie widząc go w newralgicznych momentach przez jakieś pół godziny - dochodzę do wniosku, że jednak grzmiało niebezpiecznie intensywnie, więc nie dziwię się moim lękom. Są na tyle upierdliwe, że w ich efekcie wyłączam wszystkie droższe sprzęty z gniazdek, bo gdzieś słyszałem, że jak piorun trafi, to w wyniku czegoś tam - wszystko szlag trafia: pralkę, lodówkę, telewizor, termomiks czy lokówkę. Od blisko sześciu więc lat, czyli od momentu, kiedy uzyskałem wspaniały widok z okna, to piątek czy świątek, dzień czy noc, kiedy walą pioruny, to ja z zaciemnioną lodówką i bez wi-fi żyć muszę. Takie mam niełatwe życie. No ale kogo to interesuje… To nie jest więc dobry temat przewodni, choć może, gdybym napisał, że od uderzenia pioruna spłonęła chałupa rodziców pewnej bliskiej mi przed laty kobiety, która w momencie pożaru była jeszcze dzieckiem i cudem z tego domu ktoś ją wyniósł. Nie mam zdjęć z miejsca zdarzenia, więc pewnie temat nikogo nie zainteresuje, tym bardziej, że rzecz działa się w Wysocku Małym, gmina Ostrów Wielkopolski. To może jednak wyjaśnić moje burzowe obawy.

O czym więc pisać? Może o tym, że zacinający dzisiaj deszcz, mimo pozamykania okien, znowu jakimś cudem wdarł się do mojego mieszkania w okolicy tychże otworów, lecz dziwnym trafem dostając się miedzy ścianę a położoną na niej farbę, w wyniku czego mam pamiątkę w postaci kilku bąbli… Nagle wybiła dwudziesta i rozpoczął się sopocki kabareton. Tak wiem, byłem na nich obrażony, ale pomyślałem, że dam ostatnią szansę. No i kiedy wyszedł on, to rzuciłem wszystko, nawet pisanie tego felietonu. By słuchać Bałtroczyka. A zaczął tak: czcigodni zgromadzeni w tej pięknej klimatyzowanej sali… Potem nastąpił kilkunastominutowy cudowny monolog. Niewymuszony, niewystękany, lekki. Reszta tego wieczoru nie była już ważna, a ja zauważyłem, że oto popełniłem felieton, mimo że siadając do jego pisania, nie miałem określonego tematu przewodniego.

27 maja 2018

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu