eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Dziś jest pełnia - każde życzenie się spełnia

Tak śpiewali lata temu Yaro i Reni Jusis. W 1997 r. Yaro to był muzyczny gość, a Reni robiła mu wtedy chórki. Dzisiaj pewnie niewiele osób pamięta ich wspólną twórczość. Mnie w pamięć doskonale wbiły się dwie ich piosenki. „Dziś jest pełnia” i „Rowery dwa” były wtedy hitami, a takie gra się w radiu. Ja wtedy w radiu pracowałem i każdego dnia te piosenki grałem, więc nie dziw, że doskonale je pamiętam, w przeciwieństwie do aktualnych przebojów.

Mama często mi powtarzała, że gdy zbliża się pełnia, to ludzie stają się bardziej nerwowi. Stąd pewnie wszystkie kłótnie świata odbywające się raz w miesiącu, w okolicy każdej pełni. Babcia z kolei twierdziła, że tuż po pełni diametralnie zmienia się pogoda. Nie pamiętam - od kogo to wiem, ale wiem, że w czasie pełni zdecydowanie gorzej się śpi. Ostatnio dowiedziałem się, że jest na to antidotum. Wystarczy na parapecie - pomiędzy księżycem w pełni a łóżkiem - postawić szklankę z wodą. Nazajutrz wypadałoby też podczas wstawania z łóżka stąpnąć na podłogę odpowiednią nogą. Mądrość ludowa mówi, że powinna być to prawa dolna kończyna, bo inaczej z dobrego nastroju nici. Podobno nawet przez cały dzień. Strasznie długo, prawda? Myślę, że chyba nie dbałym rady od rana do wieczora być w złym humorze. A wy? ;)

Z dzieciństwa pamiętam, że byle kot, a szczególnie czarny, był w stanie przerwać każdy marsz, a nawet podróż samochodem. Nie tyle zwierzę w sensie bytu, ale przecięcie przez niego kierunku naszego się udawania. Dodatkowo przemieszczając się gdziekolwiek pieszo, absolutnie nie można było przejść pod słupem w kształcie odwróconej litery V. Ktoś mi kiedyś wspominał też o V-kształtnej drabinie, ale nie przypominam sobie, bym w dzieciństwie się tego obawiał. Może dlatego, żem z miasta, więc drabek po drodze raczej nie spotykałem. Pod żadnym pozorem nie można było także stawać na liniach pomiędzy płytami chodnikowymi lub stąpnąć na nie białą część jezdniowej zebry. Z dzieciństwa pamiętam też powiedzenie: „mama mi kazała iść prosto”, ale to miało zastosowanie raczej na podwórku czy na korytarzu w szkole. Była tez czarna wołga, która zajmowała się uprowadzaniem dzieci. Strach wielki.

A wracając do kota… Dwadzieścia lat przed momentem, gdy „Rowery dwa” były radiowym hitem, po polskich drogach raczej nie jeździło się szybko, a i samochodów było niewiele. Jeśli więc obcy kociak przebiegł nam przez jezdnię, to należało się zatrzymać i czekać na poboczu, aż feralna drogę przebiegnięcia czworonoga… przetnie inny kierowca w swoim maluchu lub syrenie. Oczywiście na niego przechodziło nieszczęście. Myślę, że jednak nie było to możliwe, bo trzeba sobie zdawać sprawę, że ma się nieszczęście. A jeszcze w kwestii przebiegnięcia - ktoś kiedyś zauważył i zapytał mnie: a co w wypadku (choć lepszym słowem byłoby - przypadku), gdy podróż odbywa się w czasokresie niewielkiego lub wręcz zerowego ruchu, choćby w nocy i do tego na drodze, powiedzmy, z Drzenina do Sobieradza? Otóż z tym można było sobie poradzić w dziecinnie prosty sposób. Nie czekało się do rana z nadzieją, że jednak ktoś przejedzie, tylko należało wysiąść z auta, potrójnie splunąć przez lewe ramię (nad linią przebiegnięcia) i już sprawa była… odciotowana.

Zerkam właśnie lewym okiem znad laptopa na mojego kota. On zawsze śpi na kozetce nieopodal, kiedy ja piszę teksty do gazety. No więc patrzę na niego i myślę, że to niemożliwe, żeby komukolwiek mógł przynieść jakiekolwiek nieszczęście. No chyba, że znienacka przebiegnie po klawiaturze, a tekst nie będzie zapisany w pamięci komputera ;)

W moim rodzinnym domu nie odchodziło się od zmysłów w przypadku rozsypania soli czy zbicia lusterka. Natomiast od kiedy sięgam pamięcią, wychodząc z mieszkania notorycznie szarpałem za klamkę w celu sprawdzenia, czy na pewno zamknąłem drzwi na klucz. W efekcie któregoś dnia każda klamka… zostawała mi w dłoni. Z kolei w przypadku wyjazdów, oczywiści zdarzało się wrócić z połowy piętra, a rzadziej z kilku kondygnacji poniżej, bo nie miałem pewności, czy zamknąłem okno dachowe lub wyłączyłem kuchenkę elektryczną, z której ostatnio wcale nie korzystałem. A to dlatego, że moja przywołana wcześniej babka mawiała przecież w niepewnych momentach, że jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści lub uspokajająco: strzeżonego Pan Bóg strzeże. Teraz myślę, że dopiero przede mną większość przypadłości, z którymi przyszło się mierzyć Adasiowi Miauczyńskiemu w „Dniu świra”. Po ewentualnym powrocie spowodowanym zapomnieniem o czymś niezwykle ważnym, nie przysiadam bowiem na 7 sekund na krześle i nie całuję w stópki Jezuska. A propos - nie myję też okien dla nikogo przed świętami, a jedynie gdy mnie najdzie ochota, zazwyczaj w terminie dowolnym kalendarzowo. Dobrze jednak, gdy świeci akurat słońce, bo można maksymalnie zniwelować smugi. Kilka dni temu koleżanka z pracy prezentowała mi „maszynę” ich niepozostawiającą, takie cacko z pojemnikiem, w którym podczas mycia, zbierana jest woda z szyb. Jak gdyby jednak ten przyrząd mnie nie przekonał. Ale nie mówię nie, może kiedyś…

W kwestii trzynastego dnia miesiąca zaobserwowałem, że w te dni na niektórych trasach lotniczych można kupić tańsze bilety, bo chętnych mniej. Ideałem w tym zakresie jest oczywiście piątek trzynastego. Wtedy naprawdę raj dla lubiących latać za żadne pieniądze.

Dziś jest pełnia, druga w tym miesiącu. Czy szklanka wody postawiona wieczorem na parapecie zadziała - okaże się jutro rano, a jak dobrze pójdzie - to około południa. Mam oczywiście kilka życzeń, które mogłyby się spełnić. Ale byłoby fajnie…

31 marca 2018