eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Gwałtowna zmiana w scenach mojego widzenia

Właściwie rzec by można, że wszystko się zgadza - skoro jest 23 września, to mamy jesień. Kalendarzową. Mamy też jesień astronomiczną, bo osiągnęliśmy czas równonocy wrześniowej, a więc moment, kiedy Ziemia przekracza punkt na swojej orbicie, w którym promienie słoneczne padają prostopadle na równik i są równocześnie styczne do jej powierzchni przy biegunach. I niestety od tej chwili przez pół roku biegun południowy będzie bliżej Słońca niż biegun nasz, północny. Z tego powodu zdecydowanie bardziej lubimy równonoc wiosenną.

Jest wieczór pierwszej jesiennej niedzieli. Zimno i pada deszcz. Na szczęście wypadła dzisiaj tzw. jarosławowa niedziela, więc żywność niezbędną do przeżycia musiałem zgromadzić wcześniej. Wyjście z domu koniecznym zatem nie było. Nie oznacza to wcale, że pogodziłem się z zamkniętymi w niektóre niedziele sklepami, których ilość ma jeszcze wzrosnąć, byśmy osiągnęli w tym zakresie dobrobyt tożsamy chociażby ze szwajcarskim. Podobnie myśli zaprzyjaźniona ekspedientka, z którą w sobotni wieczór, tuż przed zamknięciem sklepu, mogłem nieskrepowanie pogadać. Tak spod przysłowiowej wątroby, nazywając sprawy po imieniu i używając przy tym sporej ilości soczystych przymiotników. Mogliśmy sobie na to pozwolić, bo ludzi w sklepie już nie było, gdyż w telewizji leciał już program rozrywkowy „Mam talent”. W ramach pogawędki wyszło na jaw, że jarosławowe niedziele, a właściwie poprzedzające je piątki i soboty są dla ludzi pracujących w spożywce prawdziwym dopustem bożym. Do tej pory polskie szaleństwo gromadzenia żarcia było widoczne z drugiej strony lady jedynie przed świętami. Teraz doszły co najmniej cztery takie dni i to w skali miesiąca, kiedy kobitki ze zmęczenia wracają do domów niemalże na czworaka, bo ludzi opanowuje szaleństwo gromadzenia. Niestety, jako naród doświadczony na różnych etapach swojej najnowszej historii syndromem pustych półek sklepowych, długo jeszcze z potrzeby gromadzenia nie uda nam się wyzwolić. Jednak nie o tym miałem przecież. Miało być o pogodzie…

Tego roku byliśmy świadkami i uczestnikami gwałtownej zamiany pór roku, która nastąpiła u nas właściwie znienacka. Wszystko wydarzyło się praktycznie w ciągu jednego dnia - w ostatni piątek. Wyszedłem do pracy latem - w tiszircie, krótkich spodniach i pepegach, a wróciłem jesienią - przemarznięty, mokry i wściekły, że przemarznięty i mokry. Pewnie nie odczułbym tych zmian, gdybym pokonywał analogową trasę z pracy do domu, ale tego dnia musiałem puścić się w marsz po mieście w celu dokonania niezbędnych zakupów. Skrzydełka drobiowe, rzadkie warzywa na zupę, prawdziwy - a nie jakiś tam podrabiany i kolorowany - żytni chleb na zakwasie, odpowiednia sucha karma dla kota, liquidy do e-papierosa, no i realizacja recept po wizycie u lekarza pierwszego kontaktu. W jednym miejscu kupić tego się nie da i stad obowiązkowy miejski maraton.

W ciągu dnia temperatura osiągnęła niemalże trzydzieści kresek, po czym zaczęło się chmurzyć. Potem nastąpiło coś, o czym w szkole mnie nie uczyli, przynajmniej w zakresie pogody na naszych terenach. To zjawisko nazywa się podobno burzą piaskową. Kiedy w ramach marszu byłem jeszcze na Starym Mieście, omiatały mnie ciepłe podmuchy dość silnego wiatru. Na Górnym Tarasie jednak sytuacja diametralnie się zmieniła. Będąc jeszcze lekko zgrzanym, nagle poczułem przeraźliwie chłodny powiew na plecach. Chwile później już lało, a ja z siatami i torbą pracowniczą w obu rękach, bez możliwości opróżnienia oczu z piachu. Przysłowiowy armagedon! Na ostatniej prostej minąłem kilka osób, odzianych zdecydowanie jesiennie i to w wersji na jakże charakterystyczny dla tej pory roku deszcz.

Siedzę więc dzisiaj świadomie uwięziony w mieszkaniu i patrzę przez okno na autobusy zapłakane deszczem i na asfalt ulic, który jest dziś śliski jak brzuch ryby. Na szczęście nie muszę desperacko, a tym bardziej na przekór wszystkim moknąć. Najstraszniejsze jest jednak to, że nie mam pojęcia, co jutro na siebie włożyć. Czy ja posiadam aby w szafie jakieś korzystne jesienne odzienie? Takie, w którym będę mógł pokazać się bez obaw, że ktokolwiek się skapnie, że donaszam ciuch z poprzedniego sezonu, bo w wyniku gwałtownych zmian w scenach mojego pogodowego widzenia, nie zdążyłem niczego nowego zgromadzić. Ba! Nawet o ewentualnym zgromadzeniu pomyśleć :)

No ale skoro zakończone na dniach lato trwało przez niemal pół roku, to komu by do głowy przyszło, aby kupować zimową kurtkę z ciciusiem

23 września 2018