eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Internety i inne wynalazki

Niestety nie mam na co dzień możliwości zbyt intensywnego obcowania z rodziną rozsianą w znaczącym procencie w Wielkopolsce, dlatego z niekłamaną przyjemnością wybrałem się w poprzedni weekend na familijny zlot. Akcja była planowana od wielu miesięcy, wiec i perfekcyjnie przygotowana. No i miejsce przepiękne. Leśniczówka położona na odludziu na skraju Puszczy Noteckiej, została wybrana nie przypadkowo, bo oto okazuje się, że na początku XX wieku zasiedlali ją przez pewien czas nasi rodzinni przodkowie.

Obecnie leśniczówka w Pakawiu została przysposobiona na tzw. miejsce agroturystyczne, czyli chętnie goszczące mieszczuchów w eleganckich pokojach z łazienkami, choć nie zatraciła nic ze swojej przedwojennej nieskazitelności. Sąsiedztwo lasu i niewielkiego, rzec by można osobistego jeziora, towarzystwo owocowych drzew i krzewów, drobiu ozdobnego i pawi - czyni je niezwykle urokliwym. Naznaczonym jednak pewną niewygodą cywilizacyjną, i nie mam tu na myśli faktu, że nie prowadzi do niej przepastna asfaltowa droga, co najmniej wojewódzka. Otóż w celu przeprowadzenia rozmowy telefonicznej niezbędnym było przebywanie poza budynkiem, co wobec przepięknej pogody nie stanowiło na szczęście większego problemu… :)

Zjechało się zatem trzypokoleniowe zacne grono, bo liczące blisko 40 osób. Nie sposób więc, by każdy mógł dłużej porozmawiać z każdym, więc zabawy, wspominki i pogawędki odbywały się w pokoleniowych podgrupach. W sobotni wieczór, gdy część gości odjechała już do niedaleko położonych domów, epicentrum towarzyskich wydarzeń przeniosło się w okolice ogniska, gdzie odbywało się wspólne pieczenie ziemniaków. I tu spostrzegłem, że najmłodsi przedstawiciele naszego rodu, gdy postanowili nauczyć się typowo ogniskowych tańców, to nie zawracali głowy dorosłym, zajętym poważniejszymi rozmowami. Pociechy mojego młodszego kuzynostwa, dzieciaki w wieku początkowych klas szkoły podstawowej, w celach poglądowych użyli telefonu komórkowego rodzica zaopatrzonego oczywiście w Internet. Cywilizacyjna wygoda - powiemy. Mnie naszły wtedy przemyślenia, że to już kompletnie inne pokolenie. No bo to moje, któremu nagle, w zupełny spokój i poukładane względnie życie zawodowe najpierw wlazły z butami elektryczne maszyny po pisania z pamięcią kilku całych pism, chwilę potem komputery, a niespełna kilka lat później, znowu znienacka, w nich z kolei zagościła wspomniana wcześniej sieć i to od razu globalna. Każdy z tych niewątpliwych cywilizacyjnych kroków milowych, przyszło mojemu pokoleniu wykonać właściwie w jednych ciżemkach, bo ostatnio komputery zmieniamy częściej niż sezonowe obuwie, że o powiększającej się prędkości internetów nie wspomnę. Kilka dni temu otrzymałem telefon od mojego dostarczyciela sieci, który głosem telefonistki-handlowca oświadczył, że proponuje przedłużenie naszej umowy w zamian za dwa razy szybszy Internet i co ważne - z opłata niższa o kilka złotych niż do tej pory. Teraz będzie to już ćwierć tysiąca Mb/s i cokolwiek to oznacza, jest oczywistym, że zadziała to to - jak mawia moja przyjaciółka z Kalisza - bardzo szybko, tak… ziiiiiiiu :)
Mimo że zaliczam się do ludzi nakierowanych artystycznie i humanistycznie, tzw. połknięcie wspomnianych wcześniej dobroci cywilizacyjnych poszło mi stosunkowo sprawnie, choć w arkuszach kalkulacyjnych i programach graficznych zasadniczo jestem nogą i to zdecydowanie lewą. Nie połknąłem też szeroko rozumianego korzystania z internetów w komórce. Owszem - zajrzę na fejsa czy Instagram, bez większego problemu wrzucę tam fotkę czy komentarz, ale już szukanie jakiejś strony przy pomocy wujka Google - zwyczajnie mnie jakby... boli. Zdecydowanie wolę to czynić na niemałym ekranie laptopa i postanowiłem nie analizować, dlaczego tak się dzieje. W efekcie zatem, opuszczanie domowej kozetki na korzyść nawet najcudowniejszego miejsca na świecie, ale ze świadomością, że tuż przy moim chwilowym łóżku na obczyźnie nie będzie Wi-Fi, zaczyna mnie niepokojąco... uwierać. Bo w sytuacji bezłajfajowej pozostaje mi jedynie komórka, która ma jednak tę zaletę, że zazwyczaj zawsze mam ją w zasięgu ręki, najczęściej w kieszeni dżinsów o różnej długości nogawek. Kiedy więc jej współczesna wersja zapipczy lub zawibruje, no to natychmiast jestem gotów do prowadzenia rozmów, w tej nierozerwalnie powiązanych z tym bezprzewodowym urządzeniem formie, czyli krótkich pisemnych - kiedyś esemesów, a tu i teraz głównie przy pomocy mesengera lub innych, rzadziej używanych komunikatorów, ale obowiązkowo posiadanych, jak to się mówi - w razie czego. I jest to niezwykle wygodna opcja, bo w każdej chwili mogę wykonać fotografię okoliczności przyrody lub typu selfie i błyskawicznie wysłać ją rozmówcy, by na przykład… zazdrościł :)

Jaka więc puenta tych rozważań? Ano że mimo wszystko warto czasem porzucić to przesadne przywiązanie do elektroniki kanapowej, komórkę schować głęboko do kieszeni i posłuchać roztańczonego przy ognisku najmłodszego pokolenia, które często nie daje spokoju starym, proponując im fajne zabawy, choćby w groźnych piratów walczących bronią - z powodu chwilowego braku innej - w postaci niedojrzałych jabłek znalezionych na perfekcyjnie skoszonym trawniku leśniczówki w Pakawiu w Wielkopolsce… :)

17 czerwca 2018

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu