eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Ja wiedziałem, że tak będzie

Panujące w ubiegłym tygodniu przeupały i brak - mimo krzepiących zapowiedzi fachowców od wieszczenia pogody - choć kilku kropli deszczu, musiały zakończyć się moim przewielkim i spodziewanym, choć bezterminowo, upadkiem zdrowotnym. To było tak oczywiste, jak upał latem. Ale żeby aż taki?

Tak dzieje się już od kilku przysłowiowych ładnych lat. Od momentu, kiedy rozpocząłem wkraczanie w wiek dojrzały (absolutnie nie mylić z andropauzą!) oraz od chwili, gdy lata - nie tylko w naszym kraju - stały się perwersyjnie gorące. Szybko zorientowałem się, że nie jestem miłośnikiem upału, i to zarówno w przypadku spędzania tego czasu w pracy, jak również na urlopie mniej lub bardziej zorganizowanym.

Rozwijając temat - latem zdecydowanie gorzej sypiam, a powód jest niezwykle prosty - za diabła odpowiednio nie wypocznę w pomieszczeniu z łóżkiem z temperaturą powyżej 22 stopni Celsjusza. Jak wiadomo - uzyskanie takich sytuacji latem jest niezwykle proste. Za dnia, mimo zamkniętych szczelnie okien i zasuniętych rolet, które z powodu odpowiedniego koloru nie pochłaniają promieni słonecznych - chałupa szybko się nagrzewa. Wieczorem i w nocy, gdy na zewnątrz można zaobserwować choć lekki spadek ciepłoty, udrażnianie wszystkich możliwych otworów okiennych niewiele jednak daje. Ze dwa tygodnie temu, poczucie swoistego podduszenia wzrastało w mojej świadomości już przy temperaturze w sypialni wynoszącej 26 stopni w chwili podjęcia decyzji o oddaleniu się w objęcia Morfeusza. Kiedy jednak okazywało się, że rano budziłem się w temperaturze o dwa stopnie niższej, to miałem wrażenie względnego wypoczęcia.

Wszystko zmieniło się na początku tego tygodnia, gdy przyszło nam się zmierzyć z temperaturą grubo powyżej trzydziestki na zewnętrznych termometrach usytuowanych w zacienionych miejscach. Krótko mówiąc, w nocy ze środy na czwartek przyszło mi kłaść się spać w temperaturze 31,5 stopnia. I to w każdym bez wyjątku miejscu mojego mieszkania. Wobec braku choćby najmniejszego ruchu liści na okolicznych drzewach i zapowiadanej temperaturze zewnętrznej nie niższej niż 23 stopnie, postanowiłem zrezygnować ze spania w łóżku. Średnio wygodne fotelowe materace wylądowały więc na podłodze tuż przy wyjściu na balkon. Drzemka w takich warunkach trwała trochę ponad godzinę. Wobec wrażenia wszechobecnego tzw. bólu kości, postanowiłem wrócić jednak na analogowe miejsce nocnego wypoczynku. Potem nastąpiło cykliczne wstawanie na picie i siku. Nad ranem  z kolei obudziło mnie dziwne poczucie zimna. Już czułem, że jest grubo. Pierwszy pomiar temperatury o godz. 8.20 wykazał 37,5 kresek! Zapadła więc szybka decyzja: urlop na żądanie, prochy przeciw gorączce i wysypce.

Dzisiaj, wobec powrotu do normalnej ciepłoty ciała, czuję się już znacznie lepiej. Wrócił też względnie dobry nastrój. Kompletnie mokra pościel została wymieniona na nową, choć i ta wkrótce będzie musiała wylądować w pralce. Ale wczoraj, gdy moja gorączka wynosiła wieczorem prawie 39 stopni, to miałem wrażenie, że wkrótce umrę niestety. Oczywiście wiem, że zaraz rozlegną się kobiece głosy, że Kasprzyk - jak każdy mężczyzna, schodzi z tego świata już przy byle przeziębieniu i że każda męska choroba to prawdziwa walka o życie… :)

Pierwszy taki atak jedno-dwudniowej letniej gorączki, który skutkował autentycznym (niealkoholowym) padnięciem, miał miejsce w czasie imprezy u znajomych kilkadziesiąt lat temu. Padłem na łóżko i zostałem tam przez dwa dni. Opieka była cudownie kompetentna i kilkuosobowa. Normalnie żyć - nie umierać. Kilka lat później dopadło mnie w domu. Szukanie pomocy wśród znajomych w zakresie rychłego dostarczenia leków antygorączkowych szybko straciło sens, bo okazało się, że jakieś ważne mecze w telewizji akurat pokazują. Telefon na pogotowie też niewiele pomógł. Niemiła pani o niezwykle uprzejmie brzmiącym głosie oświadczyła, że 39-stopniową temperaturę najlepiej zbić w zimnej kąpieli, ze świeżym lodem prosto z lodówki oczywiście. Jeśli nie takiego w domu - to przecież można go kupić w najbliższym sklepie. Nie uznałem tego za dobry pomysł, tym bardziej, że każde wychylenie spod pierzyny jakiejkolwiek części ciała, wiązało się wtedy z napadem dreszczy nie do opanowania. Ale być może wykonywanie telefonu z prośbą o pomoc spod kołdry - nie wybrzmiało dość dramatycznie…

Innym razem rzecz przytrafiła mi się w czasie wycieczki zakładowej nad morze. To jednak nieco inna kategoria, bo kilka godzin wcześniej zdrzemnąłem się nieodpowiedzialnie na plaży w towarzystwie czerwcowego przedpołudniowego słoneczka. Wtedy jednostronne oparzenia skóry (kimałem na jednym boczku), koleżanka leczyła mi przy pomocy łoju z wieloryba, a wysoką gorączkę zbijałem tabsami z jedynego czynnego wieczorem spożywczaka. Dwa lata temu rzecz dopadła mnie w Szwajcarii. Była najprawdopodobniej wynikiem intensywnego kontaktu z wszechobecną tam klimatyzacją w niezwykle upalny lipcowy dzień. Efekt: wysypka w wersji 3D i wysoka gorączka. Kupiłem wtedy w aptece najdroższe wapno świata, a że lek posiadał też karoten, to wróciłem z wypadu z niezwykle „widowiskową opalenizną”. Zbierałem gratulacje od licznych spotykanych na gryfińskich ulicach jeszcze na długo po powrocie.

PS. Może wśród czytających jest ktoś, kto potrafi nazwać opisywaną przeze mnie jednostkę chorobową? Byłbym wdzięczny za informacje - jak skutecznie zapobiegać i leczyć…

11 sierpnia 2018

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu