eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Jedzie pociąg z daleka

Jakiś czas temu podnosiłem w tym miejscu kwestię męczącego urlopowania w wersji wyjazdowej. Mamy z nim do czynienia wtedy, gdy wolny od zajęć pracowniczych czas postanawiamy spędzić w miejscu na tyle oddalonym od kanapy w dużym pokoju, że wymaga to od nas skorzystania ze środków tzw. publicznego transportu.

Podróż samolotem z powodów oczywistych jest niezwykle czasochłonna, bo wymaga się od nas pojawienia się na lotnisku na co najmniej dwie godziny przed planowym odlotem. Dodatkowo trzeba tam dojechać, zwykle od kilkudziesięciu do kilkuset kilometrów, bo lotnisk jest zdecydowanie mniej, niż chociażby stacji/dworców kolejowych, w tym także tych, na których zatrzymują się pociągi, w poprzedniej epoce zwane pośpiesznymi. Czasochłonność jest zatem niestety także energozżeralna, bo takie podróżowanie męczy już przed dotarciem na miejsce wypoczynku, że o równie mordującym powrocie nie wspomnę. Tyle w kwestii przypomnienia konkluzji, którą już tutaj wysnuwałem, więc wydaje się być sprawą niedyskusyjną ;)

Kilka dni temu upewniłem się, że - w przypadku naszych kolei - sytuacja jest zdecydowanie bardziej skomplikowaną, bo tak naprawdę, kiedy decydujemy się wsiąść do pociągu (i to niekoniecznie byle jakiego), to nie mamy praktycznie żadnej pewności, że na miejsce zajedziemy on time, czyli o godzinie wskazanej przecież przez przewoźnika. I to wcale nie w wyniku przypalania prezesa spółki nad ogniem lub innych męczarni, które mogłyby spowodować podanie nieprawdy w celu uniknięcia bólu lub oszpecenia na całe życie. Z kolei brak tej pewności powoduje, że planowanie czegokolwiek po dotarciu na miejsce nie ma żadnego sensu. No chyba, że wszystko będzie się działo z perwersyjnie wielkim marginesem czasowym…

Na początek obowiązkowo odwiedzamy stronę naszego narodowego kolejowego przewoźnika. Tam jednak możemy uzyskać informację, że wybrany przez nas termin podróży jest późniejszy, niż data planowanej korekty rozkładu jazdy, więc dane rozkładowe mogą ulec zmianie. Jesteśmy więc proszeni, by zajrzeć na stronę w późniejszym terminie. Jeśli natomiast trafiamy tam chociażby dzień przed wyjazdem, to nie mamy z kolei pewności, szczególnie w czasie wakacji, że w zawiązku z brakiem miejsc - bilety nabędziemy. Na pewno nie mamy już żadnych szans, by wejść w ich posiadanie korzystnie, czyli choćby z 10-procentową bonifikatą. Jak widać - sprawa nie jest prosta… Jeśli jednak wszystko idzie dobrze, to dokonujemy świadomego wyboru godziny odjazdu i komfortu jazdy. I tak też uczyniłem w zeszłym tygodniu. Z niekłamaną radością zaobserwowałem interesującą możliwość sprawnego przemieszczenia się bez przesiadek, a więc na jednym bilecie oraz z luksusami typu klima i wi-fi, że o możliwości zakupu czegoś do przetrącenia lub wypicia nie wspomnę. Pomyślałem, że skoro wybieram opcję droższą, to mam znacznie większą szansę, by zjeść obiad z przyjaciółmi - w mieście oddalonym o niespełna czterysta kilometrów - w porze obiadowej.

W dniu wyjazdu zerwałem się więc o nieprzyzwoicie, jak na mnie, wczesnej godzinie, a w realizacji dalszych planów byłem perwersyjnie dokładny - w każdym newralgicznym punkcie podróży pojawiałem się w sam raz, czyli z odpowiednim kołnierzem czasowym. Co z tego, kiedy już na starcie, na peronie trzecim w Szczecinie, obrany pociąg wyruszył z 10-minutowym opóźnieniem. Powód? Niezamykające się… samozamykające drzwi! Na trasie nadrobił jednak poślizg na tyle, że ze stacji oddalonej o niespełna godzinę jazdy od celu - mógł wyruszyć punktualnie. Jednak tak się nie stało. Pierwszy komunikat wygłoszony przez obsługę z głośników, która nagle - jak zawsze w takich wypadkach - zapadła się pod ziemię, opiewał na kwadrans opóźnienia. Po 25 minutach poznaliśmy więcej szczegółów: w związku z niezależną od przewoźnika destrukcją składu jadącego wcześniej, nasze opóźnienie wzrośnie do 40 minut. Na tym oczywiście się nie skończyło. Kolejny komunikat mówił o 70-minutowej obstrukcji, a ostatecznie wyruszyliśmy 85 minut po czasie, w towarzystwie snujących się z głośników przeprosin. Bezpłatny poczęstunek złożony z napoju do wyboru i obowiązkowego batonika przybył na tyle późno, że nie było mi danym z niego skorzystać, bo właśnie wysiadałem. Potwierdzenia opóźnienia od konduktora nie uzyskałem, bo jak wspominałem wcześniej - ten przepadł. Planowałem uzyskać więc odpowiedni kwit na docelowym dworcu kolejowym. Niestety okienko informacji było nieczynne, a przed jedyną otwartą kasą biletową stała kilkunastoosobowa kolejka. Na stanie w niej nie miałem już zdrowia i chęci, więc nie mam szans na ubieganie się zwrotu kosztów biletu w związku z tak dużym spóźnieniem. Obiad zjedliśmy na kolację.

W drodze powrotnej skorzystałem z pociągu o tej samej nazwie. Przekonała mnie do tego odpowiednio długa przerwa w Szczecinie w celu przesiadki. Pomyślałem, że na luzie zdążę na osobówkę do Gryfina. Odwiedziny na stronie zaskoczyły mnie nowym komunikatem, że w związku z upałami panującymi w Polsce, uprasza się podróżnych o zabieranie napojów chłodzących. Tym razem dziewięciogodzinną trasę pociąg pokonał idealnie z rozkładem. Nie miałem więc wyjścia i odczekałem godzinę na kolejne połączenie. O jeździe zwałą nawet nie pomyślałem z powodów oczywistych i powszechnie znanych.

I tylko mi nie mówcie, że skoro jestem jaśnie panem, to powinienem przesiąść się do samochodu, bo nie o to w tym wszystkim chodzi.

26 sierpnia 2018

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu