eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Karuzela przyjemności, także wątpliwych

To miał być piękny wieczór. Wychodząc w piątek z pracy, już po zapadnięciu zmroku, wszystko miałem dokładnie zaplanowane: po drodze do domu wpadam do sklepu, kupuję niezbędne produkty, których spis mam zapisany w komórce, by o niczym nie zapomnieć, a natychmiast po wejściu do mieszkania rozpoczynam przygotowywanie pomarańczowego risotto...

Jakiś czas temu wspominałem w jednym z felietonów o fantastycznym prezencie urodzinowym, jaki otrzymałem od przyjaciół oraz o związanym z tym noworocznym postanowieniu, że będę z niego korzystał w celu przygotowywania najdziwniejszych nawet potraw. Nie, że nauczę się gotować, bo thermomix to wspaniały wynalazek dla wszystkich niekumatych w tym zakresie, do których niestety ja się zaliczam, ale że będę w nim szykował kulinarne… kosmosy. Zawzięcie usiłuję więc powrócić do interesujących smaków, z którymi zetknąłem się w fachowych i tematycznych knajpach tu, choć bardziej ówdzie, ale równie chętnie wchodzę w nowe. Po przeszło miesiącu nowego życia wszystko w zakresie przygotowań do gotowania pięknie już działa. Każdego wieczoru po świeżo odbytej konsumpcji zasiadam przed laptopem i poszukuję w internetach kolejnego kulinarnego wyzwania, z którym będę mierzył się nazajutrz po robocie. Rzecz zapisuję w komórce, dzięki czemu mam pewność, że w czasie zakupów o żadnym szczególe, nawet najbardziej wymyślnej i nieznanej mi dotąd przyprawie, nie zapomnę. Pomarańczowe risotto miało być interesującą smakową nowością…

Teraz cofamy się w czasie, o lat co najmniej kilkanaście. Przenosimy się także w inne miejsce - do miasta ze wszystkich w Polsce najstarszych - jak głosi wielki mural na jednym z tamtejszych budynków. Nie wykluczam, że jest to najstarszy mural na świecie, bo pamiętam go jeszcze z czasów, gdy na początku lat 90. ubiegłego wieku jeździłem do tego miasta na warsztaty taneczne i bardzo marzyłem, by tam kiedyś zamieszkać. Kiedy to się dokonało, to zacząłem coraz bardziej dostrzegać rożne niedoskonałości tego idealnego dla przyjezdnych miasta. Kalisz słynie z Polsce m.in. z wysokiego odsetka samochodów osobowych przypadających na jednego mieszkańca. Motoryzacja nigdy nie była jednak moim hobby, najpewniej z powodu nieposiadania dokumentu typu prawo jazdy.

Którejś zimy za moich kaliskich czasów zorientowałem się, że w mieście musi przebywać także mnóstwo psów. To było wtedy, kiedy przez pewien czas mieszkałem w centrum miasta i pewnej zimy spadło mnóstwo śniegu. Do tego przez dłuższy czas utrzymywał się spory mróz, co sprzyjało utrzymywaniu się pokrywy śnieżnej sięgającej mniej więcej do kolan. Główny Rynek w mieście, po środku którego stoi ratusz, początkowo wyglądał przepięknie. Po kilku dniach jednak przy wydeptanych ścieżkach, zaczęło pojawiać się coraz więcej charakterystycznych żółtych i brązowych plam. Kiedy po mniej więcej dwóch-trzech tygodniach przyszła odwilż, to moim oczom ukazał się straszny widok - całą powierzchnia centralnego miejsca w mieście pokryta była niezliczoną ilością psich gówien. Tak, celowo używam tego nieliterackiego określenia, żeby ukazać dramatyzm sytuacji. Pokonywanie trasy między mieszkaniem a  najbliższym przystankiem komunikacji miejskiej wymagało wtedy ode mnie refleksu i sokolego wzroku. Po pewnym czasie właściciele mieszkania znajdującego się w najbliższej okolicy Rynku postanowili je sprzedać, a więc musiałem poszukać innego lokum do wynajęcia. W nowym miejscu zamieszkania dość często, szczególnie po zapadnięciu zmroku, zdarzało mi się na trasie do lokalnego spożywczaka używać przysłowiowej szagi przez wąskie trawniki dzielące chodnik od jezdni. Wtedy, zanim podjąłem w końcu decyzję o zmianie ulubionego sklepu, niezliczoną ilość razy przydarzyło się także zaliczyć tzw. wdepnięcie. To wtedy zakodowałem w pamięci ten moment, kiedy but grzęźnie w czymś… nieprzyjemnie miękkim. Znacie to obrzydliwe uczucie, prawda? :(

Kiedy kilka lat temu wróciłem do Gryfina, to bardzo imponowała mi akcja Jolanty Witowskiej i zgromadzonych wokół niej wolontariuszy, którzy od lat zmieniają świadomość mieszkańców naszego miasta w zakresie obowiązkowego sprzątania po swoich czworonogach. Najważniejsze jest to, że ta swoista edukacja dotycząca porządku w najbliższej swojej okolicy, zadziałała skutecznie do tego stopnia, że niewątpliwą siarą stało się niewykonanie zbiórki pozostałości po psiaku, szczególnie w sytuacji publicznej. Nadal niestety zdarzają się jednak przypadki uliczno-intymne, kiedy pod osłoną nocy, tu i ówdzie jakaś kupa się pojawi i niestety pozostanie, często niewidoczna gołym okiem, jako niemiła pułapka na przemykającego przechodnia. W ostatni piątek okazałem się wielkim pechowcem, bo korzystając z szagi między Szczecińską a Flisaczą, zaliczyłem taką… niespodziankę. Szybko wróciło wspomnienie zasranego Kalisza sprzed lat i to w sytuacji, kiedy wybierałem się do sklepu po podobno najdroższą przyprawę świata, czyli szafran, który miał być wykorzystany w ilości jednej szczypty do planowanego pomarańczowego risotto…

4 lutego 2018