eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Katastrof ci u nas dostatek

Ostatni miał wydarzyć się 23 września ubiegłego roku, ale jakby nic takiego się nie stało. Słońce nadal wstaje na wschodzie, a i zachodzi po właściwej stronie. Okazuje się jednak, że wyznaczono już nową datę… końca świata. Totalny kataklizm ma nastąpić już 23 kwietnia. Jezu! To zdaje się już za tydzień, a ja jeszcze nie spłaciłem kredytu! Myślę jednak, że jest to - w razie czego - najmniej ważne ;)

Fachowcy policzyli, że podobnych przepowiedni historia zna już blisko 150. Przyznam szczerze, że niewiele z nich pamiętam, choć jedna sytuacja szczególnie utkwiła mi w pamięci. Był to tzw. przełom wieków, czyli było o nim szczególnie głośno w grudniu 1999 r. Wszyscy nerwowo oczekiwaliśmy godziny 0.00 dnia 1 stycznia 2000 r., bo rozpoczynający się nowy wiek miał być podobno początkiem kolejnej wieszczonej zagłady ludzkości. Wielu obawiało się także wtedy, co może stać się z niemalże wszechobecnymi komputerami, kiedy te miały przestawić się z daty zapisywanej dwoma cyframi 99 na 00. Największym problemem miała być utrata wszelkich danych zgromadzonych w pecetach. Ta z kolei miała doprowadzić do ich wyłączenia, a co za tym idzie także braku prądu na całej kuli ziemskiej. Pamiętam jak dziś, że z wypiekami na twarzy czekaliśmy na doniesienia z przeciwnej strony Ziemi, gdzie Nowy Rok nadchodził najszybciej. Wszystko jednak działało tam po staremu, ale mimo wszystko nie było pewności, jak zachowają się maszyny w bardziej cywilizowanych częściach świata.

Pamiętam, że tej nocy prowadziłem program sylwestrowy w stacji radiowej i nie ukrywam, że im bliżej północy, tym bardziej nerwowo wspominałem na antenie o tym, że nasza stacje może o północy zamilknąć i że tym razem wina nie będzie leżała po naszej stronie. Mało tego! W związku z ewentualnymi konsekwencjami końca świata, zebrali się u mnie wtedy w studiu radiowym wszyscy bliscy znajomi z Kalisza, by ewentualnie razem doświadczyć nieznanego. Tak skutecznie się żegnaliśmy, że gdy po północy nadal przyszło mi prowadzić program, to musiałem przez pewien czas korzystać z tzw. „automatycznego pilota”, czyli nowatorskiej wtedy na polskim rynku radiowym - metody samorealizowania programu przez… działający nadal komputer. Na szczęście koledzy dziennikarze, choć nieobecni wtedy w pracy, przygotowali dla mnie kilka wypowiedzi noworocznych, w tym dość długie życzenia ówczesnego prezydenta Kalisza, a ich emisja między aktualnymi hitami, dała mi czas na dwie szybkie herbatki z cytryną, a w efekcie na powrót do przednoworocznej formy… dykcyjnej. A o godzinie piątej nad ranem było już po wszystkim, więc z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku pracowniczego i dalszego trwania naszej cywilizacji - mogłem udać się na zasłużony odpoczynek :)

Ale wracając do powagi sytuacji… mądrzy ludzie wyliczyli, że ludzkość ma za sobą już 149 niedoszłych końców świata. To z kolei daje mrożącą krew w żyłach średnią - jedną przepowiednię na 13 lat! Przypominając kilka ostatnich, musimy cofnąć się do 1975 r. Wtedy tysiące osób uwierzyło w przepowiednię świadków Jehowy, że to już koniec tego świata. Masowo zaczęli porzucać pracę, sprzedawać swoje majątki, a cały pozostały im czas na ziemi poświęcili na głoszenie, że armagedon jest już blisko. Kiedy do niego nie doszło, wielu z nich było rozczarowanych, czemu zupełnie się nie dziwię.

W 1992 r. jedna z południowokoreańskich sekt kościelnych utrzymywała, że wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że koniec jest już blisko. Były nimi chociażby olimpiada w Barcelonie, jednoczenie się Europy, czy oznaczenia kodowe jednego z systemów komputerowych, które obfitowały w zbitki cyfry 6, którą podobno szczególnie upodobał sobie szatan.

Kolejną wieszczoną datą końca był 21 grudnia 2012 r. Miał to być ostatni dzień istnienia ludzkości według cywilizacji Majów, bo wtedy kończył się ich kalendarz. Wierzących w tę przepowiednie ogarnęła wielka histeria, a powstały trzy lata wcześniej film Rolanda Emerlicha pt. „2012”, w którym zobaczyliśmy chociażby waląca się bazylikę św. Piotra w Watykanie, zarobił prawie 800 milionów dolarów i zdobył nagrodę w kategorii efekty specjalne Międzynarodowej Akademii Prasowej.

Wydaje się jednak, że tym razem sprawa końca świata jest nieco bardziej poważna. W jego wieszczenie wdał się bowiem pierwiastek paranaukowy. Otóż według niejakiego Davida Meada, amerykańskiego numerologa i samozwańczego astronoma-biblisty, 23 kwietnia 2018 r. układ pewnych ciał niebieskich będzie odpowiadał scenie przedstawionej w Apokalipsie Świętego Jana. Słońce i Księżyc, pojawiające się w gwiazdozbiorze Panny, mają symbolizować brzemienną niewiastę obleczoną w Słońce, która ma pod stopami Księżyc i wieniec z dwunastu gwiazd nad głową. W tej samej konstelacji ma przebywać Jowisz przedstawiający Mesjasza. Zdaniem Meada, ten układ ciał niebieskich będzie zwiastować zbliżenie się do Ziemi tzw. Planety X, czego konsekwencją miałyby być klęski naturalne, a także paruzja, czyli powtórne zejście Chrystusa na Ziemię.

Wszystko wskazuje jednak na to, że pan Meade pomylił się w wyliczeniach. 23 kwietnia Jowisz jednak znajdzie się w gwiazdozbiorze Wagi, Słońce - w Baranie, a Księżyc - w Bliźniętach. Słowem - końca świata nie będzie. Ale na wszelki wypadek pożegnam się z wami. Fajnie było pisać i cieszy mnie bardzo, że czytaliście moje felietony w Gazecie Gryfińskiej :)

16 kwietnia 2018

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu