eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Ksawery? Nie przepadam!

O zbliżającym się do naszego miasta orkanie dowiedziałem się z lokalnych mediów. Ostrzegali mnie też przed nim na Facebooku, więc sprawę bezpieczeństwa potraktowałem poważnie

Obserwuję ostatnio, że co jakiś czas na coś czekamy i to w obawie o ewentualne skutki nadejścia. Zupełnie niedawno była to jesień, która - jak wszem wiadomo - kojarzy nam się z nieuniknioną jesienną depresją, a na pewno gwałtownym pogorszeniem pogody. Kiedyś jesień przychodziła, po prostu. Teraz  mamy do czynienia z nadejściem ich kilku, chociażby astronomicznej czy kalendarzowej, a jeśli nagle odpada nam tez typowo letnia pogoda, to mamy też jesień w aurze. Tyle drogą wstępu :)

Kilka dni temu dzięki mediom uzyskałem informację o zbliżającym się do Wysp Brytyjskich huraganie Maria. Jak zawsze w takiej sytuacji, ostrzegałem moich znajomych w Londynie, bo oni tam zapracowani i nie zawsze mają czas na śledzenie informacji chociażby w tym zakresie. Jako osobnik niezwykle reagujący na każdą zmianę - chłód, większy opad czy niespodziewany upał, po prostu śledzę różne miejsca w necie o pogodzie informujące. Zastanawiam się wręcz czasami, czy ta przypadłość nie jest już jednostką chorobową. No bo jeśli przychodzi mi do głowy wzięcie urlopu na żądanie w związku z poranną ulewą lub śledzę zapowiedzi pogodowe w miejscu planowanego przybycia już na dwa tygodnie wcześniej, to czy aby nie cierpię na chorobę cywilizacyjną pod tytułem meteoropatia? Mądrzy twierdzą, że na tę przypadłość cierpi obecnie co drugi człowiek, więc pewnie coś jest na rzeczy. Do lekarza rodzinnego nie ma co się wybierać, bo na to nie ma lekarstwa.

Nie dziwi więc, że poważnie potraktowałem zapowiedzi zbliżającego się do nas orkanu Ksawery, na co także czekałem z pewnymi obawami, choćby dlatego, że budynek, w którym mieszkam jest umiejscowiony w wyższej części miasta, a dodatkowo nie jest osłonięty przez inne bloki. Od rana ostrzegałem przed pogorszeniem pogody wszystkich napotkanych. Informowałem też znajomych w kraju, u których zapowiadano jego pojawienie. Przed wyjściem z pracy pozamykałem dokładnie wszystkie okna, a po drodze do domu, poza jedzeniem, nabyłem też w sklepie świeczki. W mieszkaniu odszukałem nieużywaną od czasu rzucenia palenia analogowego - zapalniczkę i oczekiwałem przyjścia zapowiadanych opadów i silnego wiatru. Wysprzątałem też balkon z przeróżnych bambetli, które mógłby porwać silny wiatr. Z bezpiecznym parkowaniem auta nie miałem problemu, bo go nie posiadam. Na bieżąco śledziłem w Internecie doniesienia z Niemiec, bo Ksawery przecież najpierw tam zawitał. Nie wyglądało to dobrze…

Około 17.30 zaczęło wiać, wkrótce pojawił się też dość silny opad deszczu, który zacinał prosto w moje okna. Nic jeszcze nie wieszczyło klęski, która miała mnie dosięgnąć tuż przed godziną 18.00... Tak. Stało się... Wtedy właśnie wysiadł prąd! Szybko zorientowałem się, że moje zabezpieczenie nie było perfekcyjne. Nienaładowana komórka, połowa baterii w laptopie. W połowie wypita herbata z cytryną, właściwie już chłodna. Rozdzwonił się telefon. Rozmówcy dopytywali z troską, czy aby jestem w bezpiecznym miejscu. Ostatecznie po pół godzinie w oczekiwaniu na pojawienie się światła - usnąłem pod kocem. Kiedy obudziłem się po mniej więcej dwóch godzinach, to wszędzie panowała już ciemność. Z zazdrością patrzałem w kierunku Niemiec, gdzie świeciły latarnie przy ulicach. Zapaliłem świeczkę, wypiłem resztę chłodnej herbaty. Było mi coraz zimniej. Nagle uświadomiłem sobie, że jestem bezsilny w swoim mieszkaniu, w którym wszystko działa na prąd. W pralce zalegały do połowy wyprane ciuchy, nie mogłem zrobić sobie gorącej herbaty, nie działało ogrzewanie. Nie byłem w stanie dotrzeć do informacji w Internecie o planowanym włączeniu prądu. Ba! Nie mogłem nawet do nikogo zatelefonować w tej sprawie. Z okna mojego fantastycznego mieszkania z pięknym widokiem obserwowałem jedynie ciemność. Poczułem się w nim jak więzień pozbawiony wszystkiego. Jezu, jak było mi zimno i źle!!!

Właściwie zacząłem się przyzwyczajać do tego stanu rzeczy. Wyobrażałem sobie swoich przodków, którzy przecież przed laty na co dzień żyli w takich warunkach. Nagle usłyszałem szum. Bliżej nieokreślony. W pierwszej chwili pomyślałem, że to wiatr za oknem, ale nie. Odgłos był jednostajny. Uświadomiłem sobie, że dochodzi z kaloryfera. Powoli stawał się coraz cieplejszy. Jeszcze wtedy nie docierało do mnie, że jest to efekt przyjścia prądu, bo cztery godziny wcześniej wyłączyłem z gniazdek wszystkie elementy elektrycznej infrastruktury w ramach zabezpieczenia ich przed ewentualnym uszkodzeniem. Kiedy kaloryfer był już gorący, to nagle zauważyłem czerwony punkcik na ścianie. Tak, to był włącznik przy przedłużaczu! Skoro on świeci, to musi być tam cywilizacja! Tak, jest prąd! Wyskoczyłem spod koca w kierunku okna! Wszystkie widoczne ulice były oświetlone!

Błyskawicznie obleciałem całe mieszkanie i włączyłem wszystko co miałem: lodówkę, pralkę, telewizor, wszystkie światła, ładowarki do komórki, e-papierosa i laptopa. Przy pomocy ustrojstwa na ścianie kazałem ogrzewaniu naciągnąć do 24 stopni Celsjusza! Na długo zapamiętam godzinę 22 dnia 5 października 2017 r. Wtedy poczułem, że znowu żyję, a Ksaweremu mówię zdecydowane nie! :)

6 października 2017

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu