eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Kto rano wstaje, ten się…

Niejednokrotnie w swoim niekrótkim życiu informowałem bliźnich, bądź dawałem im delikatnie do zrozumienia, że jestem typem posiadającym wielkie problemy z zaśnięciem o tzw. przyzwoitej porze, a co za tym idzie - także codziennym, zbyt wczesnym powstawaniem z łóżka. Przez długie lata żyłem nawet w wielkim poczuciu winy z tego powodu, szczególnie wobec bliźnich, którzy bywają zmuszani do piekielnie wczesnych pobudek z powodu wykonywanej pracy.

To jednak nieco zleżało, gdy dotarłem do informacji, że każdy człowiek posiada własny dobowy cykl. Mało tego, sprawa podlegała badaniom fachowców, którzy rzecz nazwali chronotypem, czyli preferowaną przez jednostki porą funkcjonowania w ciągu dnia, a nawet dobry. No i właśnie te chronotypy odpowiadają za to, czy jesteśmy rannymi ptaszkami i wstajemy wespół z przysłowiowymi kurami, czy też nocnymi markami, które rano nie mogą zwlec się z równie przysłowiowego wyrka. Jak w każdej z kwestii odmienności, także i tutaj pojawia się także typ pośredni między sową a skowronkiem i ten oczywiście najczęściej występuje w przyrodzie ożywionej. A wszystko to z powodu, że otaczający nas świat jest pełen rytmów. To chociażby zmieniające się pory roku i procesy zachodzące w związku z tym w przyrodzie, to także narodziny, zgon czy cykle pracy naszych wewnętrznych organów.

Nie musiałem rozwiązywać quizu, by odpowiedzieć sobie na pytanie, którym ptakiem jestem. Od zawsze wiem, żem sowa i nic nie było w stanie tego zmienić. Nawet czasokresy wykonywania pracy, która ten cykl we mnie… rujnowała. Do dzisiaj nie rozumiem, jak mogłem chodzić do roboty na piątą rano, by następnie opowiadać ludziom, że wstawanie rano jest super. Pewnie było to możliwe tylko dlatego, że od młodego marzyłem, by pracować w radiu, a wtedy właśnie mogłem to marzenie realizować. Do dzisiaj jednak pamiętam, z jakim bólem serca i innych trzewi, w środku lata o godz. 21.00 opuszczałem rozbawione grono znajomych, z którymi kilka razy w tygodniu spędzaliśmy ciepłe i słoneczne o tej porze wieczory na kaliskim rynku w sezonowych ogródkach nie tylko piwnych. Zimą było prościej, bo wtedy nie należało oszczędzać na taksówkach z nocną taryfą, a więc można było pospać o nawet pół godzimy dłużej. A i poranki w pracy wypadały rzadziej, bo wtedy wszyscy w rozgłośni byliśmy w komplecie, a nie porozrzucani na urlopach.

Pamiętam jeden tydzień, kiedy pod domem o godzinie 4.40 dwukrotnie przytrafiła mi się ta sama taksówka. Za pierwszym razem nie zdążałem ostrzec kierowcy, by uważnie wycofywał auto spod domu w kierunku ulicy. Za drugim razem wyartykułowałem komunikat, ale mimo to wjechał w drzewo stojące po środku wąskiego wyjazdu. Taka małą niedopatrzenie projektantów, którzy najprawdopodobniej nie wyszli zza biurka w teren, a budowniczowie położyli kostkę i krawężniki tak, jak stało na rysunku :)

Nie bez kozery wspominam o tych przypadkach, bo wprawdzie obecnie nie musze zrywać się w środku nocy, ale mimo to po wstaniu z wyrka mój mózg długo nie pracuje zadowalająco, a wtedy muszę działać w sposób… automatyczny. Absolutnie nic nie może wtedy znajdować się nie na swoim miejscu, bo nie zauważę, zapomnę zabrać, w czasie kąpieli zamiast szamponu do umycia włosów użyję czegokolwiek innego, co stało na jego dotychczasowym miejscu, a do kawy - zamiast syropu kokosowego - wleję sok malinowy. Jeśli myślicie, że wypicie porannej kawy pozwala mojemu mózgowi wyjść ze stanu znacznie zawężonej działalności - to głęboko się mylicie. Względną przytomność uzyskuje dopiero na trasie do pracy, którą z powodu braku prawa jazdy i pieniędzy na samochód, pokonuję oczywiście pieszo. Jarzenie często włącza się jeszcze przed wiaduktem, choć nie zawsze. W takiej sytuacji idealnie sprawdza się dokładnie obcykana trasa. Praktycznie zawsze ta sama, gdyż jak gdyby nie mam innego wyjścia w związku ze wspomnianym przed chwilą wiaduktem, a właściwie potrzebą przejścia przez jego wąskie światło.

Od czasu do czasu nachodzi mnie jednak myśl, że może warto by tę trasę nieco choć zmodyfikować, albo może wejść po drodze do sklepu i kupić coś szalonego do jedzenia. Oczywiście nic z tego nie wychodzi, bo mój żołądek budzi się jeszcze później niż mózg. Z kolei marsz na dyżurny azymut pozwala mi jednak osiągnąć swoisty… spokój. Chociażby czasowy, że dotrę do roboty on time. Albo przestrzenno-zdrowotny, no bo chodniki na trasie mam w zasadzie bez zarzutu, a jezdnię muszę przekroczyć jedynie trzy razy. Na skrzyżowaniu ze światłami znam już ich układ na tyle dobrze, że nie muszę wciskać guzika w celu uzyskania zielonego światła. Wiem, że jak samochody jadą spod wiaduktu, to spokojnie mogę przejść na drugą stronę.

Ciągle jednak chciałbym zrobić coś szalonego. Może więc, gdy późną jesienią tego roku zostanę zastępcą burmistrza, bo dlaczego by nie, to nie wykluczam ubiegania się o zmianę godzin pracy w gryfińskim urzędzie :)

23 czerwca 2018

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu