eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Mała rzecz, a cieszy

To już 25. mój felieton pisany dla Gazety Gryfińskiej. Można by rzec, że oto przyszedł czas na mały jubileusz, wedle nazewnictwa rocznic ślubu - srebrny. Oczywiście wiem, że dotyczy on obchodów iluś tam letnich, ale skoro w naszym kraju obchodzi się pewną miesięcznicę, to ja pójdę o krok dalej i pozwolę sobie na celebrowanie… tydzienicy, a co za tym idzie - na lekuchne podsumowanie.

Dla cyklu pisanego systematycznie, którego kolejne odcinki ukazują się niemalże co tydzień, to już znacząca liczba. Jest też szansa, że posiadłem stałych czytelników, którzy być może czekają na kolejne wydanie gazety lub czytają moje teksty na portalu egryfino.pl, gdzie pojawiają się tam zawsze kilka dni po premierze drukowanej. Cykl na pewno nie skradł serc czytelników porównywalnie do „Pionierów Gryfina”, ale wiem, że wiele osób także w tej odsłonie mnie czyta, co bardzo cieszy. Także ci, u których w sklepie - chociażby w Kaliszu czy Londynie  - Gazety Gryfińskiej nie uświadczysz. Zaobserwowałem też, że posiadam jednego zdeklarowanego antyfana, który pod każdym tekstem umieszczonym w necie klika znaczek kciuka skierowanego w dół, wyrażając w ten sposób swoją dezaprobatę dla mojego pisania. Nie komentuje, więc nie mam pewności, że czyta całe teksty, ale każda reakcja przecież cieszy, bo nie ma nic gorszego dla twórcy, niż obojętność na przejawy jego działalności ;)

Pomysł tego cyklicznego pisania pojawił się w czerwcu ubiegłego roku, kiedy wróciłem z Londynu, gdzie doszło wtedy do kolejnego ataku terrorystycznego. Krwawe sceny wydarzyły się kilka stacji metra dalej od miejsca koncertu, na którym przebywałem tego samego wieczoru. Tak naprawdę wielu szczegółów o tym dramacie dowiedziałem się już po powrocie do Gryfina, kiedy w programach informacyjnych oglądałem miejsca, w których jeszcze na kilka godzin przed  zamachem przecież byłem. Drugi felieton stanowił o lajkowaniu, na które moda zrodziła się przy okazji powszechnienia korzystania z Facebooka. Aprobata, bądź - coraz bardziej wszechobecne wśród Polaków - ostentacyjne krytykowanie wszystkich i wszystkiego, stało się niestety swoistym „sportem narodowym”, a Internet przeobraził się w nieskrępowane miejsce wyrażania często bezmyślnych osądów. Mnóstwo ludzi stało się pseudo fachowcami, że nie wspomnę o swoistym kreowaniu równoległej rzeczywistości. Doskonale zdają sobie z tego sprawę wszelkiej maści manipulatorzy, przede wszystkim zbliżeni do wielkiej i mniejszej polityki, a zjawisko to jest nam doskonale znane także z lokalnego podwórka. Trzeci tekst dotyczył fenomenu Gryfińskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku i zaangażowania jego studentów/słuchaczy we wszelkie przejawy jego działalności. Pozostając w kwestii kultury, w czwartym felietonie zatytułowanym „Żeby chciało się chcieć” pozwoliłem sobie na porównanie działalności Gryfińskiego Domu Kultury do przebiegu kariery Madonny, bo oboje w tym roku obchodzić będę 60. urodziny. W piątym tekście dyskretnie wykazywałem różnicę między „przyjaźniami” politycznymi a szkolnymi, które zdecydowanie częściej wytrzymują próbę czasu. Potem przyszedł czas na kontrowersyjne wyznanie o moich szoppingach w stolicy Wielkiej Brytanii, wyższości kota nad psem oraz wspomnień z kolorem syntetycznych fartuszków w tle. W dziewiątce dostało się tzw. leniuchowatym, czyli osobom, które z pozycji kanapy krytykują wszelkie przejawy działalności lokalnych instytucji w zakresie nie tylko artystycznego organizowania im wolnego czasu, a w dziesiątce obrazoburczo śmiałem porównać się do… ojca dyrektora. W felietonie numer 11 dociekałem, co spowodowało, że zostałem dziennikarzem, a dwunastkę poświęciłem lokalnym „klęskom żywiołowym” spowodowanym chociażby przejściem orkanu Ksawery. Czy ktoś z was jeszcze o nim pamięta? W drugiej połowie października opisywałem pomarańcze na drzewach w Sorrento, a w czternastce, która a się w listopadzie - chwaliłem jedną z najważniejszych imprez artystycznych w naszym mieście - Jesienną Scenę Tańca, bo warto. Felieton numer 15 napisałem 26 listopada ubiegłego roku. Z jego treści wnioskuję, że był to czas, kiedy dowiedzieliśmy się, że wkrótce skończą się niedzielne wyprawy do sklepów. W szesnastce w ramach walki z jesienną deprechą wspominałem o wyższości wczesnego pojawiania się świątecznych girlandów na ulicach Londynu nad ich zawieszaniem w polskich miastach na ostatnią chwilę. To piękne słowo na literę G pojawiło się też tydzień później, przy okazji wyrzucania przez nas chleba, a właściwie pseudo strojenia niepotrzebnym pieczywem okolic naszych śmietników. W pierwszym tekście w 2018 r. przyszedł czas na noworoczne postanowienia, potem na zmasowaną krytykę jednego z gryfińskich sklepów, a w dwudziestce utyskiwałem na brak zimy. Numer 21. poświęciłem na przekonywaniu, że Elizie Hołubowskiej należy się nagroda Oskara za rolę w filmie, którego gryfiński pokaz odbył się w naszym kinie kilka dni wcześniej. Pod koniec stycznia zdradzałem swoje przygody w zakresie zakupów w Internecie, a w następnym tygodniu apelowałem do właścicieli psów, by jednak sprzątali po swoich pupilach. W dwudziestce czwórce z kolei ponarzekałem na okoliczności lokalnej… przyrody, jakże niepowtarzalnej.

Uff... Nie ukrywam, że pamięć już nie ta, więc by streścić moje felietonowe wyczyny, musiałem otworzyć każdą z gazet od 13 czerwca 2017 r. i omieść wzrokiem każdy z tekstów felietonów. Domyślam się, że nie każdy z was posiada archiwalne numery Gazety Gryfińskiej, więc jeśli dzięki tej przelotce przyjdzie wam ochota na przeczytanie któregoś z moich felietonów, to zapraszam na stronę egryfino.pl. Będzie mi bardzo miło, jeśli do nich wrócicie, a być może przeczytacie po raz pierwszy, nawet jeśli nie klikniecie w ikonkę kciuka skierowanego w górę ;)

24 lutego 2018

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu