eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

A może by tak coś zmienić?

W pewnych kręgach jestem nazywany ojcem dyrektorem. Zaniepokojonych tym wyznaniem i niezorientowanych w sprawie pragnę uspokoić i uprzejmie donieść, że jest to jedynie grono artystyczne, a jeszcze bardziej zawężając - tancerzy. Fantastycznych gryfińskich tancerzy…

Tak się bowiem składa, że w ubiegłym stuleciu powołałem do życia zespół Vogue obecnie zwany Teatrem Tańca EGO VU. No i ci artyści, ludzie w różnym wieku, bo zdarzają się przypadki, że obecnie na scenie występują dzieci niegdysiejszych tancerzy, zwracają się do mnie często tak, jak napisałem w pierwszym zdaniu tego felietonu. I nie ukrywam, że jestem z tego dumny.

Jak wszyscy wiedzą, nie każdy mężczyzna w naszym kraju może zostać ojcem dyrektorem. Fanom polskich komedii zapewne wiadomo, że można być na przykład mężem-dyrektorem, ale jedynie w kwestii zawodowej. Natomiast, by zostać ojcem dyrektorem, trzeba na pewno pracować w radiu, że o kierowaniu nim nie wspomnę. Tak się składa, że mam w swojej cefałce taką kilkunastoletnią przygodę zawodową. Zdarzyło mi się tam nawet kierownicze stanowisko, ale nie mogę o sobie powiedzieć, że byłem założycielem tejże rozgłośni. Jakiś czas temu zauważyłem, że do twarzy mi w czarnym kolorze, choć nie jest to jedyny ulubiony w mojej szafie z ciuchami. Pewnie dlatego, że już dawno zauważyłem niekonieczną opcję wyszczuplającą ubiorów w tym kolorze. Nie posiadam za to prawa jazdy, drogiego samochodu lub kilku, nie broniłem także pracy doktorskiej i nie lubię, gdy w sytuacjach publicznych kobiety i mężczyźni całują mnie w dłoń. Nigdy nie miałem też smykałki do interesów, jak choćby  zbierania pieniędzy na szczytne cele, których zbiórka nigdy nie została rozliczona. Daleko mi więc do najważniejszego obecnie ojca dyrektora, ale powiedzmy, że jestem takim… ojcem miejsko-gminnym :)

Czy gdybym więc został, powiedzmy, burmistrzem miejsko-gminnym lub w rozpędzie nawet powiatowym starostą, to zyskałbym więcej przyjaciół, takich spoza szeroko rozumianych kręgów artystycznych? Zdaje się, że podobnie, jak w przypadku chociażby najważniejszego obecnie prezesa, byliby to jedynie ci, od których codziennie słyszałbym, że jestem mądry (może nawet najmądrzejszy), że fajnie wyglądam i że opowiadam najśmieszniejsze dowcipy na świecie, a na pewno w Unii Europejskiej. No i wszyscy w sprawach mniej lub bardziej ważnych przychodziliby do mnie, a to nie jest dobra opcja wobec efektów braku ruchu na świeżym powietrzu. Z kolei młodzi żądni władzy lub ogrzania się w jej ciepełku, zarzucaliby mnie cefałkami lub przekazywaliby je rękoma zbliżonych do mnie kół wzajemnej adoracji podczas mniej lub bardziej ważnych spotkań i zebrań służbowych. Może nawet w związku z nieposiadaniem samochodu, nowi młodzi przyjaciele proponowaliby mi noszenie toreb (bo przecież nie reklamówek) z zakupami. Obawiam się jednak, że w zamian czegoś ode mnie by oczekiwali, a gdybym tych marzeń nie spełnił, to szybciutko mógłbym zyskać wielu wrogów I co wtedy? Czy gra jest więc warta świeczki? Musiałbym przecież wtedy nabyć co najmniej dwa garnitury, a przecież nie przepadam za ich używaniem. Ukryć się więc nie da, że życie nie jest lekkie i ciągle stawia przed nami nowe wyzwania.

Takim wyzwaniem była chociażby pogoda tegorocznego lata. Nasze miasto znalazło się na obszarze, który gorące masy powietrza skutecznie omijały. W tym miejscu z dziennikarskiego obowiązku przyznać muszę, że mnie to wcale nie przeszkadzało, bo nie jestem miłośnikiem upałów. Żyło mi się więc tego lata w Gryfinie cudownie. Wyjątkowym momentem tej sielanki był jedynie krótki wypad do Szwajcarii. Tam to mają źle! Praktycznie przez całe lato temperatura w ciągu dnia osiągała pułap powyżej trzydziestu kresek w Celsjuszach. Dodatkowym utrudnieniem jest niezwykle upowszechniona tam klimatyzacja. Wentylują się tam dosłownie wszędzie - w każdym urzędzie, nawet najmniejszym osiedlowym sklepie, w pociągu czy autobusie. Człowiek bez umiejętności prowadzenia samochodu jest więc skazany na praktycznie nieustające skoki temperatur: w mieszkaniu dość chłodno, na ulicy gorąc od rana, chłodno w pociągu lub autobusie, na trasie do roboty, gdzie także będzie zimno, jeszcze gorzej niż przed wejściem do środka lokomocji. Po kilku godzinach spędzonych w pracy z przerwą na lunch, a więc obowiązkowym kontaktem z upałem, powrót do domu z analogicznymi skokami temperatur przy okazji odwiedzania kolejnych miejsc z obowiązkową klimą. Ludzie nie mają tam więc łatwego życia. W okolicach Genewy, Lozanny i Montreux mają za to wspaniale czyste Jezioro Genewskie z setkami maleńkich i większych plaż, z których ludzie niezwykle chętnie korzystają, nierzadko także w czasie przeznaczonym na lunch.

Ale o czym to ja miałem…? Już wiem! Fajnie być miejsko-gminnym ojcem dyrektorem :)

 

15 września 2017

 

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu