eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Niebieski, zielony, a potem czerwony

Ostatni raz słyszałem o nich za czasów ministra Giertycha, który wprowadził obowiązek ich używania. W 2006 r. miały podobno nie tylko zwiększyć bezpieczeństwo w szkołach, ale także wprowadzić ład w ubiorze uczniów. Nie wiem jak rzecz ma się obecnie, ale przed laty, kiedy byłem uczniem szkoły podstawowej, a więc jeszcze w ubiegłym stuleciu, minister edukacji (obecnie narodowej) najprawdopodobniej nie musiał maczać w tej kwestii palców.

Za moich czasów w Szkole Podstawowej nr 1 w Gryfinie, kolor warunkował przynależność do odpowiedniej grupy wiekowej. Uczniowie klas I-III używali mundurków niebieskich, klas IV-VI - zielonych, a najstarsi, czyli z klas VII-VIII zakładali czerwone fartuszki. W tamtych czasach oczywiście czekało się niecierpliwie na zmianę koloru obowiązkowego szkolnego ciucha. Wszystkie kolorowe opcje posiadały dwa wspólne mianowniki - były uszyte z paskudnego materiału (z tworzyw sztucznych), a więc były non-iron oraz były zaopatrzone w odpinane (pewnie w celu częstszego prania) białe kołnierzyki. Oczywiście te dziewczyńskie różniły się od faceckich - miały zaokrąglone brzegi. Nie przypominam sobie, by w tamtych czasach ktokolwiek buntował się przeciw zastanemu zwyczajowi. Tak było i koniec!

Obowiązkowy strój na lekcje wychowania fizycznego składał się z kolei z wyprasowanej białej koszulki i ciemnych spodenek. O ile koszulki z krótkimi rękawkami (nie nazywane jeszcze wtedy T-shirtami) dla obu płci były raczej jednakowe, to kwestia dołu stroju nie była już taka oczywista. Chłopak absolutnie nie mógł wystąpić w spodenkach babskich, czyli w balonówach (posiadały gumki w nogawkach). Podczas obowiązkowych zakupów poprzedzających każdy nowy rok szkolny, a czynionych w sklepie pod wdzięczną nazwą Świat Dziecka w Szczecinie, okazywało się, że dorośli tej dyskretnej różnicy niestety kompletnie nie czaili. Ileż łez wylewali wtedy chłopacy, by nie popaść w ubiorową niemęskość w grupie rówieśniczej… :)

W szkole średniej z kolei trafiłem na krótki okres obowiązkowości posiadania tarczy szkolnej na rękawie okrycia wierzchniego. Mój Boże, jaką my wtedy wykazywaliśmy się pomysłowością, aby tych oznak przynależności do społeczności placówki na stałe nie umocowywać (przyszywać). Nauczyciele kontrolujący nas przy drzwiach szkoły (od strony parku, bo z głównego wejścia uczniowie korzystać nie mogli) szybko odkryli opcję stosowania dyskretnych zatrzasków lub przyklejania tarcz do znaczków na szpilce (niestety odstawały nieco od powierzchni rękawa). Nie to jednak było najgorsze. Otóż obowiązkowe tam były także mundurki ze wspomnianych tworzyw sztucznych, choć już bez białych kołnierzyków, a także obuwie zastępcze. Ale nie byle jakie. Mogły to być jedynie juniorki lub kapcie, takie zwyczajne, domówki. Szatnie znajdowały się w piwnicy i były to tzw. boksy. Nie było ich za wiele, biorąc pod uwagę, że w budynku przy ul. Niepodległości poza liceum ogólnokształcącym znajdowała się też wtedy szkoła podstawowa (zdaje się numer trzy). Sprawa wyglądała więc tak, że w każdym boksie rezydowali uczniowie dwóch klas, a właściwie ich ubiory, a klucze do kłódek posiadali gospodarze klas lub ich zastępcy. Możliwość zostawiania fartuszków (kolory dowolne, choć stateczne) i obuwia na zmianę wydawała się wtedy wspaniałym rozwiązaniem, bo po wyjściu ze szkoły (poza krótkim okresem obowiązkowego otarczowania) nie czuliśmy się… stygmatyzowani.

Zostawianie ciuchów w szatni ciągnęło jednak za sobą sporo niebezpieczeństw. Przypominam sobie sytuację, kiedy któregoś razu zaginął nam klucz od wspomnianej kłódki, a klasy dzielącej z nami tę klatkę ze ścianami z ogrodowej siatki, akurat nie było w szkole. W efekcie dostanie się do obowiązkowych strojów szkolnych okazało się niemożliwe. Byłem wtedy gospodarzem klasy, więc udałem się chwilę po dzwonku do nauczycielki, by poinformować o nietypowej sytuacji. Najprawdopodobniej nie posiadałem jeszcze dzisiejszego uroku i gadanego, bo pedagożka nie dała się przekonać do mojego rozwiązania. W efekcie tego dnia musieliśmy po szkole chodzić boso, a w dzienniku wszystkim zostało odnotowane spóźnienie.

Często zdarzało się tak, że ten, kto wpadł rano do szatni pierwszy, załapywał się na mniej zniszczony kubrak. Pod koniec edukacji rzadko zdarzało się, by któryś posiadał wszystkie kieszenie i guziki. O nowych wdziankach raczej mowy nie było. To zdaje się czas, kiedy nawet w Świecie Dziecka trudno było kupić jakikolwiek ciuch. Pewnie dlatego stare byki (płeć męska) w dziewczęcych fartuszkach i przydepniętych juniorkach o kilka numerów za małych, paradowały po szkole nie wzbudzając zdziwienia grupy rówieśniczej i grona pedagogicznego.
Fajnie, że już niedługo nie będę musiał mówić do młodych ludzi: za moich czasów, kiedy podstawówka była ośmioletnia, a do ogólniaka chodziło się przez cztery lata… :D

2 września 2017

 

 

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu