eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Oskar dla Hołubowskiej

Każdy następny dzień jest podobny do poprzedniego. Wydaje się, że moje mieszkanie jest jedyną oazą spokoju, którą opuszczam jedynie po to, by odebrać od lekarza kolejny druk L4 i zrealizować kolejną receptę na mniej lub bardziej kolorowe tabletki. Ich łykanie szybko staje się jedynym ważnym obowiązkiem, bo o to apeluje przecież psychiatra, który przekonuje mnie, że chce pomóc. Wierzę mu, ale tylko podczas wizyt. Kiedy wychodzę z jego gabinetu, prędko udaję się do pustego mieszkania, które - nie wiadomo kiedy - staje się moją… klatką

Kupowanie jedzenia nie jest tak ważne, jak potrzeba posiadania papierosów. Tylko ich brak może spowodować nieplanowane wyjście do najbliższego osiedlowego sklepu. Jakiekolwiek znaczenie przestaje mieć stan pogody. Nie ma znaczenia, czy pada deszcz, czy świeci słońce, tak mi przecież potrzebne do dobrego samopoczucia. Okazuje się, że nie ma też znaczenia pora dnia, kiedy coraz częściej zdarza mi się zasypiać kosztem nocy, które stają się niepokojąco ciemne i długie. Nie mam siły szukać nowej pracy. Bywają dni, że dopada mnie świadomość, że nie mogę ciągle nic nie robić, że prędzej czy później trzeba będzie podjąć jakieś obowiązki, bo w końcu zacznie brakować pieniędzy. Wykonuję dwa telefony do potencjalnych pracodawców, ale podjęte działania kończą się niczym. Dochodzę do wniosku, że to nie ma sensu, bo nikomu nie jestem potrzebny. I tak do następnego razu, kiedy stracę swoisty spokój przebywania na zwolnieniu lekarskim, bo wiem, że ono nie może trwać wiecznie.

Przychodzi niespodziewanie moment, że upomina się o nas Zakład Ubezpieczeń Społecznych. A nie tyle o nas, co wypłacane nam w czasie choroby pieniądze. Upadlająca wizyta u obojętnego fachowca, w czasie której znowu muszę opowiedzieć o moim stanie psychiki, a towarzyszy temu wielkie poczucie wstydu i strachu, że człowiek po drugiej stronie biurka może mieć inne zdanie niż nasz lekarz. Ktoś kiedyś powiedział, że w takim wypadku będę musiał oddać wszystkie otrzymane dotychczas od państwa pieniądze. Za moment przypominam sobie, że ktoś inny pocieszał, że najrzadziej kwestionowane są zwolnienia wydawane w przypadku choroby duszy. Milion natrętnych myśli. Usiłuję klarownie opowiadać o sprawach oczywistych w czasie tej choroby. Fachowiec nie podnosi nawet oczu znad klawiatury, choć pomaga nazwać rzeczy, a właściwie nasze stany po imieniu. Wszystko kończy się „dobrze”. Wracam do mieszkania-klatki spokojniejsi, ale utwierdzeni w tym, że jednak coś nam dolega. Pojawia się przekonanie, że muszę słuchać mojego lekarza, bo inaczej to nigdy nie minie. Za kilka dni wykonuję kolejne dwa telefony. Odpadają następne opcje podjęcia pracy…

Moi najbliżsi zaczynają dostrzegać, że dzieje się ze mną coś niepokojącego. Dopytują. Tłumaczę. Najczęściej chcą pomóc, ale nie wiedzą jak to zrobić. Usiłują wyciągnąć mnie „do ludzi”, bo to przecież pomaga. Gówno prawda! Proponują kino, teatr, który przecież kocham. Albo domówkę, gdzie zjawią się sami swoi i będę mógł czuć się swobodnie. Po kilku zdecydowanych odmowach odpuszczają. Zostają tylko ci z większymi pokładami empatii, najczęściej tacy, którzy zaliczyli w swoim życiu podobny epizod. Ale oni mają przecież swoje życie, nie mogą mnie nieustająco niańczyć. Rośnie poczucie beznadziejności, które na szczęście nie trwa nieskończenie długo. Niespodziewanie, dzięki przyjaciołom pojawia się szansa na podjęcie pracy i zmiany środowiska. Mam na tyle sporo czasu, by powoli do tego dojrzeć i stawić czoła nowym wyzwaniom, które niesie życie.

To jedna z tysięcy opowieści o depresji, która dotyka naprawdę wielu osób. To niestety nadal choroba wstydliwa. Nadal krępujemy się przyznać, że zdarza nam się korzystać z porad psychologa czy odwiedzin, nie daj Bóg cyklicznych, u psychiatry. To nie dziwi, bo boimy się reakcji środowiska, które najprawdopodobniej błyskawicznie zaszufladkuje nas jako „psychicznego”, a to może nieść za sobą spore kłopoty, którym w tym stanie możemy przecież nie podołać.

W ostatni piątek mieszkańcy Gryfina uzyskali szansę obejrzenia filmu „Moja siostra…” w reżyserii Pawła Kulika, bardzo ważnego głosu w temacie depresji. Niezwykle mnie cieszy, że gryfinianie zachcieli  skorzystać z tego w stopniu niezwykle zadowalającym, bo sala widowiskowa w Gryfińskim Domu Kultury była pełna. W roli głównej, osoby chorej na depresję, wystąpiła Eliza Hołubowska, tancerka i choreografka Teatru Tańca EGO VU, która doskonale oddała stan osoby z chorą duszą. Jestem przekonany, że osoby mające w swoim życiu podobny epizod, bardzo doceniły jej, amatorski przecież, warsztat. Opowieść zaprezentowana w 50-minutowym paradokumencie wywołała wśród widzów wielkie emocje, czemu dali wyraz podczas rozmowy z twórcami. W niektórych wypowiedziach słyszałem autentyczny żal do Bibianny Chimiak (aktorki zawodowo związanej z Teatrem Kana w Szczecinie) wcielającej się w rolę zabieganej siostry głównej bohaterki, że nie dość dobrze zajmowała się… naszą Elizą i nie wysłała jej chociażby do lekarza. Niewątpliwie świadczy to o tym, że obie panie perfekcyjnie wykonały powierzone im zadania aktorskie. Do tego stopnia, że widzowie jeszcze po zakończeniu filmu tkwili w tej opowieści...

21 stycznia 2018