eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Osobista faza REM. Reaktywacja

Pamięć ludzka jest jednak ulotna. Kiedy tydzień temu opisywałem nachodzące mnie cyklicznie sny, to uważałem, że wyczyściłem się ze wszystkich. Okazuje się jednak, że nie, a przypomniał mi o tym mój wspaniały podręczny pamiętnik, w którym od czasu do czasu opisuję dotykające mnie wybrane sytuacje. I tak oto natknąłem się na jeden z opisów snu, który ostatnio przytrafił mi się w połowie kwietnia. Pewnie dlatego ostatnio uszedł mojej uwadze. Dzisiaj proponuję więc ciąg dalszy moich snów. W świecie filmu często zdarza się, że remaki sprzedają się znacznie lepiej niż opcja pierwotna… :)

Akt czwarty (to tzw. sen dynamiczny, czyli jego przebieg za każdym razem jest inny, jakby bogatszy w kolejne szczegóły i sytuacje)

Ten sen dotyczy lotniska i wszystkiego, co może z nim się kojarzyć, zazwyczaj niestety spóźnienia na samolot. Najpierw jednak o budynku. Otóż to bliżej nieokreślony, przedziwny obiekt, którego obraz - zaskakująco skromna architektura, koszmarnie brzydkie wnętrze i położenie, wracają co jakiś czas w moich nocnych objawieniach. Port lotniczy z moich snów przypomina raczej dawny parterowy dworzec PKS w Poznaniu: spory, centralnie usytuowany hol z mnóstwem zakamarków kończących się wyjściami w bliżej nieokreślonych kierunkach, do których jednak trudno trafić, więc za każdym razem, w powracających snach, tam błądzę. Kiedy przed laty woziłem jeszcze zagranicznym znajomym fajki (obecnie rzucili i nie ma takiej potrzeby), to nigdy nie mogłem znaleźć punku ich sprzedaży w jednym z dziesiątek okienek, w większości nieczynnych i niezwykle do siebie podobnych. Dziwne było miejsce odprawy, która polegała jedynie na szczerej rozmowie z celnikami płci obojga, a po pozytywnym jej przebiegu - należało przedostać się przez wąskie przejście z zamontowanym w nim ruchomym krzyżakiem, który często się zacinał. Celnicy niestety nie pomagali z niego się wydostać. Zawsze się tego obawiałem, bo wiązało się to z kolejnym powodem spóźnienia na samolot.

Płyta lotniska jest tam przedziwna. Bardzo wąska, wśród drzew (lasu) na początku, potem rozszerzająca się, ale za to dalej niesamowicie kręta. Trasa do pokonania od wyjścia z budynku do samolotu piekielnie długa i zawiła, tym bardziej, że nigdy nie było wiadomo, gdzie czeka gotowa do wylotu maszyna. Przypominam sobie sytuacje, że w niektórych snach nieprzebycie jej w odpowiednio krótkim czasie była jeden z powodów spóźnienia się na samolot. Pamiętam doskonale biegających pasażerów w poszukiwaniu samolotu. Mimo, że wielokrotnie już stamtąd latałem, to zawsze miałem problem z trafieniem. Jeśli już udawało mi się wsiąść do kabiny, która miała wielkość autobusu, to zazwyczaj siadałem w rzędzie nie za pilotem, co pozwalało mi obserwować wszystko w czasie lotu w przedniej szybie. Niezapomniane wrażenie szczególnie podczas przedzierania się przez chmury lub lądowania. Na szczęście loty stamtąd nigdy nie kończyły się katastrofą.
Budynek lotniska ze snu znajduje się niedaleko nieszerokiej i idealnie prostej długiej ulicy pozbawionej chodników, ze szpalerem ciasno rosnących ogromnych drzew liściastych oraz starych, poniemieckich domów powyżej jezdni (jak w Kluczu, na lekkim wzniesieniu) po przeciwnej stronie lotniska, które znajdowało się jakby w dole. Niejednokrotnie we wcześniejszych snach zdarzało mi się tą ulicą jeździć lub chodzić w tę i  z powrotem, nie mogąc zauważyć obiektu rychłego wylotu. W takich przypadkach oczywiście także spóźniałem się na samolot.

Po jakimś czasie dojazdy zacząłem odbywać specjalnym autobusem, dowożącym mnie wraz z innymi podróżnymi. Ten jednak końcowy przystanek miał gdzieś na drodze typu piaskówka - z jednej strony szczere i zaorane pole, po drugiej jakby miedza z rowem i krzakami. Pasażerowie zawsze wysiadali na tę drugą stronę, w wielkiej niewygodzie, szczególnie dla kobiet w szpilkach. Potem następował niekończący się marsz, który w pewnym sensie ułatwiały nam dwa tory naturalnie wykonane w zarośniętej drożynie kołami pojazdów, wielkiej wygody dla ciągnących walizki na kółkach…
Ostatni sen z wylotem powrócił po długiej przerwie. Tym razem wyruszałem z podróż z nieco młodszą kuzynką do Londynu, gdzie miałem pełnić rolę przewodnika, jako że była to moja niepierwsza wizyta w stolicy Wielkiej Brytanii, a bidula w tym zakresie była przysłowiową… dziewicą. W pewnym momencie zorientowałem się jednak, że jest z nami mój kot. No i tu zaczął się ogromny problem, bo wiedziałem, że zwierzak nie może z nami lecieć. We dwójkę, bez kuzynki, znaleźliśmy się wkrótce w jakimś domu, w pokoju, w którym musiałem się z jakiegoś powodu przebrać. Cała podłoga w pomieszczeniu była pokryta kuwetowym żwirkiem. I nagle spod łóżka i zza wielkiej szafy zaczęły wychodzić małe rude miałczące kociaki. A ja w szale myśli – co zrobić z marJanem, do kogo telefonować z prośbą, by po niego przyjechał i zabrał. Ostatecznie uznałem jednak, że nie mogę o to prosić nikogo z Gryfina, bo to piekielnie daleko, a nikt spoza niego do głowy mi nie przychodził. W tej sytuacji - wielkiego rozdarcia wewnętrznego - moje kocię przemówiło niskim męskim głosem: I co? Zostawisz mnie tutaj i polecisz? Byłem oburzony takim jego podejściem do sprawy, bo walczyłem, by wszystko dobrze się skończyło. Myślałem nawet, by zrezygnować z wyjazdu, ale wiedziałem, że kuzynka sama Londynu nie szarpnie. Odpaliłem więc kotu z wyrzutem: Wiesz co? Kompletnie nie doceniasz moich starań, nie współpracujesz, tylko kłody pod nogi[kurtyna]

Jutro znowu lecę. Ciekawe, czy sen z lotniskiem w roli głównej znowu pojawi się dzisiejszej nocy? :)

13 lipca 2018