eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Pomarańcze na drzewach w październiku

To z założenia miała być wielka niespodzianka. Już kilka miesięcy temu otrzymałem informację, że prezentem na moje okrągłe urodziny będzie kilkudniowa wyprawa w nieznane mi miejsce w Europie…

Nie da się ukryć, że jeszcze tego roku osiągnę wiek, kiedy człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę, że nie wszystko uda mu się w życiu zobaczyć i nie wszystkiego spróbować. Czas płynie nieubłaganie i zostało mi go tak naprawdę mniej niż więcej. Daleki jednak jestem od narzekania, a tym bardziej skarżenia się na swój los… :)

Jeszcze w kwietniu otrzymałem informację od przyjaciółki z Londynu, że zaplanowała dla mnie i naszej wspólnej znajomej kilkudniowy wyjazd z okazji naszych urodzin. Nie byłbym sobą, gdybym nie próbował wszystkimi znanymi sobie technikami wyciągnąć jakiekolwiek informacje od fundującej. Delikatnie „podchodziłem” ją więc chociażby w temacie ciuchów, bo lot miał przecież nastąpić jesienią, kiedy w Polsce pewnie będzie już chłodno. Albo że chętnie poczytałbym najpierw o planowanej miejscówce, pooglądał fotki, może coś wstępnie zaplanował, żeby nie skończyło się jedynie na penetracji w chaosie najbliższych okolic miejsca ewentualnego noclegu. Izabela była jednak nieugięta. Powiedziała krótko: proszę przylecieć do Londynu 7 października, a bilet powrotny zakupić na siedem dni później. Wykonywałem grzecznie wszystkie polecenia: bilety zostały zakupione, urlop zaklepałem, ale brak wiedzy na temat miejsca wypadu nie dawał mi spokojnie spać. Podczas każdej rozmowy z Londynem przy pomocy współczesnych komunikatorów internetowych, starałem się ustalić jakieś szczegóły. Kiedy więc udało się poznać lotnisko, z którego polecimy (Londyn ma ich sześć) oraz porę dnia - zacząłem przeglądać rozkład lotów i kierunki destynacji. Wypytywałem też o rozmiar bagażu podręcznego preferowanego przez linie lotnicze, dzięki czemu ustaliłem ich nazwę. Lista potencjalnych kierunków ponownie więc się zawęziła i tak naprawdę byłem bliski sukcesu. W końcu jednak dochodzenie zarzuciłem, bo przyszło mi do głowy, że mogę niepotrzebnie zagalopować się w zgadywaniu :)

Po mniej więcej miesiącu znienacka zadzwonił telefon o porze dla Izabeli nietypowej. Poinformowała mnie, że pojawił się drobny problem natury naszego urlopowego zakwaterowania, a właściwie jego mnogości. Otóż fundująca miała kłopot z wybraniem jednego z dwóch wstępnie zabukowanych miejsc. Nie było więc wyjścia - wkrótce otrzymałem linki do stron w Internecie z informacjami i fotografiami dwóch hotelików. Nazwa miasteczka, w którym się znajdowały oczywiście nic mi nie mówiła, ale od czego jest wujek Google! Kilka kliknięć i już wiedziałem wszystko - to okolice Sorrento w południowych Włoszech. Pomyślałem: Jezus Maria! i… nie rozpocząłem odliczania dni do wylotu na wczasy życia, bo miało być ich przecież całe mnóstwo. Od końca maja, kiedy rzecz miała miejsce, miało upłynąć jeszcze mnóstwo wody w kranie, z którego mój kot marJan uwielbia pić. Wakacje minęły jednak szybko, jak zawsze - niespodziewanie - nastała jesień. Nie popadałem jednak w tradycyjną deprechę, bo lato jeszcze miało do mnie przecież wkrótce wrócić…

To był wspaniały powrót do umiarkowanego ciepełka, zanim huragan Ofelia przygnał do Polski ostatnie jego strzępy i można było na kilka dni wyłączyć ogrzewanie w mieszkaniach. Na miejscu okazało się, że widok z „naszej” włoskiej werandy wielkości mojego gryfińskiego mieszkania, na której celebrowaliśmy śniadania, okazał się o 200 procent piękniejszy, niż na fotografiach w Internecie. Błękit nieba i Zatoki Neapolitańskiej na długo zostanie na moim facebookowym profilu, a jeszcze dłużej w głowie. Kilkugodzinna wizyta w Pompejach, które przeszedłem samodzielnie wzdłuż i wszerz z mapą w ręku, była warta każdych pieniędzy, a tym bardziej jedynych 13 euro za bilet wstępu. I do tego górujący nad nimi Wezuwiusz, sprawca nieszczęścia mieszkańców sprzed blisko dwóch tysięcy lat. Niezapomniana wyprawa do Positano, której towarzyszył niemały strach w związku z poruszaniem się wąską i krętą drogą wydrążoną w skale lub do niej „przyklejoną”. I mrożące krew w żyłach kilkusetmetrowe pionowe uskoki tuż za barierkami. Podróż statkiem na Capri, wyspę widzianą wcześniej z okien naszego hoteliku w Massa Lubrense, odkryła kolejną porcję niezapomnianych widoków i czarodziejskich miejsc. Do tego dorzucę dwie wizyty we włoskiej restauracji Il Capanno w Sant'Agnello niedaleko Sorrento, gdzie dzięki tutejszym przyjaciołom Izabeli poznałem nareszcie smak włoskiej pizzy i spaghetti frutti di mare. Wszędzie widziałem drzewa z pomarańczami (również w miastach wzdłuż ulic), cytrynami i pękającymi o tej porze roku owocami granata. Smakowałem tutejsze wędliny, których nazw już nie pamiętam, sery z mozarellą w roli głównej oraz genialne lodów pistacjowych. To miejsce, gdzie ten popularny deser, za którym nie przepadam, mógłbym jeść bez przerwy. Ach, no i jeszcze tutejsze winogrona dostępne niemal na każdym kroku. Dalekie smakiem od tych, które może kupić w polskich sklepach…

To był wspaniały czas. Wiem na pewno, że nie była to moja ostatnia wizyta w okolicach Sorrento, bo przecież lubię wracać tam, gdzie byłem już. Podobnie myślą moi gryfińscy znajomi, którzy te miejsca odwiedzili i bardzo kibicowali mojemu pierwszemu tam pobytowi. Jestem wielkim szczęściarzem, że za życia, w roku świętowania swojego półwiecza, otarłem się o ziemski raj. Dziękuję Izabela :)

21 października 2017

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu