eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.
Advertisement

Powrót do przeszłości?

Kiedy byłem szesnasto- lub siedemnastoletnim chłopcem (nie miałem jeszcze wtedy wyznacznika męskości w postaci zarostu na twarzy), a rzecz miała miejsce w głębokich latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, to dostałem w prezencie od koleżanki czapkę z dużym daszkiem.

To nie był czas, kiedy tego typu nakrycia głowy były szczególnie popularne, ale każdy młody człowiek, który je posiadał, traktował je jak każde inne nakrycie głowy. Było więc oczywistym, że bywają momenty, a nawet dłuższe chwile, kiedy należy je zdjąć. Czasy się zmieniają, więc nie potępiam współczesnego stylu bycia, który nakazuje dzisiejszym młodziakom zdejmować te czapki - pewnie w związku z pewną niewygodą - jedynie do snu lub celu wzięcia szybkiego prysznica. Mój ojciec do dzisiaj uchyla nakrycie głowy kłaniając się kobiecie na ulicy. Ja z kolei nigdy nie powziąłem takiego nawyku, być może dlatego, że w młodości używałem czapek typu skarpeta, a obecnie - w chłodniejszych lub wietrznych momentach - używam właściwie jedynie kaptura.

Ale wracając do prezentu sprzed wielu lat - wspomniana czapka była żółta i posiadała niebieski napis Ikea. Kompletnie mnie wtedy nie zajmowało, co on oznacza. Być może przez grzeczność dopytywałem obdarowującą, ale szczegółów nie pamiętam. Najważniejsze było to, że nikt podobnego modelu w mieście i okolicy nie posiadał. Żółciutka boba szczególnie przydawała się w czasie wyjazdów na rajdy, które nagminnie wykonywałem - za czasów nauki w jedynym wtedy liceum ogólnokształcącym w mieście - z Klubem Turystyki Pieszej Vademecum działającym przy nieistniejącym już Młodzieżowym Domu Kultury (Pałacyk pod Lwami). Nie przypominam sobie też sytuacji, bym spacerował w niej po głównej ulicy w mieście. Być może byłoby to obciachem, a ja zawsze przywiązywałem wagę do tzw. imidżu. Także w czasach, gdy miało się jedynie dwie pary gaci - w stylu spodenek - z grubej bawełny, rozciągniętych niestety w wyniku niezliczonej ilości prań w pralce o wszystko mówiącej nazwie Frania, choć w wersji udoskonalonej, bo z wyżymaczką. Cóż to było za wspaniałe udogodnienie! Ręce nie mdlały już od wykręcania wszystkiego: od skarpet, przez koszule - do pościeli. Takie gacie o nieokreślonym wymiarze kupowało się wtedy u prywaciarzy, bo w państwowych sklepach, które powinny nimi handlować, zwyczajnie kupić się ich nie dało, głównie z powodu… ich braku. Do dzisiaj pamiętam to ogromne poczucie szczęścia z powodu kupna bielizny w kolorze sino bity róż z niebieskimi kwadratowymi wstawkami po bokach i z przodu. Było to o tyle ważne, że nareszcie nie czułem swoistego zażenowania w czasie przebierania się przed lekcjami wychowania fizycznego w szatni obok sali gimnastycznej, które towarzyszyło mi wcześniej w związku z posiadaniem nieco za małych już majtek, które dzisiaj nazwałbym figami :)

Ale… nie o bieliźnie dzisiaj pisać miałem, a o specyfice żółto-niebieskiego sklepu (tego od czapki sprzed lat), najpopularniejszego i to nie tylko w naszym kraju wśród meblowo-wnętrzarskich. Jedna z moich koleżanek za kilka miesięcy planuje remont mieszkania i w jego ramach przymierza się do wymiany dwudziestoletnich już mebli w kuchni. Tak zrodził się pomysł grupowego sobotniego wypadu do stolicy Wielkopolski, bo najbliższy w naszym kraju sklep z popularnymi, choć niestety nietanimi szwedzkimi meblami znajduje się w Poznaniu. Koleżanka miała więc konkretny cel, a reszta uczestników tripu udała się tam w ramach tzw. sympatycznej okazji. Sprawa zajęła nam praktycznie cały dzień, bo sam dojazd z jedną stronę to blisko trzy godziny. Zaznaczyć też muszę, że poszukiwanie dogodnego terminu łatwym nie było, bo większości z nas zdarza się pracować także w soboty czy niedziele. Ostatecznie stanęło na ostatniej sobocie, bo któreś z nas następnego dnia miało pojawić się w pracy. Wszystko skończyło się dobrze: meble zostały wstępnie wybrane, a część z nich nawet zakupiona. Udało się też wybrać niezbędne dodatki, by kuchnia w przyszłości stała się niezwykle przytulną, a na koniec zjeść wołowo-wieprzowe klopsiki z purée i borówkowym dżemem. No niekłamana pychota! Potem jeszcze wizyta w kilku innych sklepach, drobne zakupy, których w naszym małym mieście uczynić się nie da z powodu braku określonych marketów i po 12 godzinach byliśmy ponownie w Gryfinie. Pewnie podobnie wyglądała wyprawa kilku innych mieszkańców naszego miasta, których spotkałem w poznańskim sklepie ze szwedzkimi meblami…

Nie bez kozery zwracam tu uwagę na fakt, że wszystko odbywało się w weekend, bo okazuje się, że już za kilka miesięcy Polacy będę musieli przemodelować sposób swojego planowania w tym zakresie. Najwyżsi zdecydowali, że w zakresie ewentualnych zakupów kilka dni nam odbiorą, a wszystko podobno z powodu, że tego… chcieliśmy. Czy mam rozumieć, że być może też nie pragniemy chodzić najpierw w dwie, kilka miesięcy później w trzy, a docelowo we wszystkie niedziele chociażby do kina i zostaniemy tego pozbawieni? Czy wszystkie koncerty lub spektakle teatralne będą się wkrótce odbywały jedynie od poniedziałku do soboty? No bo przecież artyści i organizatorzy pewnie też chcieliby mieć wolne niedziele.

Otóż ja nie chcę wracać do czasów, kiedy miałem jedynie dwie pary głęboko zużytych gaci i byłem z tego dumny. Zamontuję więc teraz kupioną wczoraj szwedzką lampę i jednak z nadzieją będę patrzył w przyszłość…

26 listopada 2017

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu