eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Spotkania po latach

Kiedy byłem młodym człowiekiem, to rodzice zawsze mi powtarzali, szczególnie gdy kończył się kolejny etap mojego życia: synu, nie pal za sobą mostów. Każdy z nas ma w tym zakresie różne doświadczenia, bo przecież mogło się okazać, że nawet jeśli nie chcemy, to ten przysłowiowy most i tak niestety się zawali. W tym momencie z przekąsem zrzucam całą winę na budowniczych, bo jak śpiewał przed laty nieodżałowany Jacek Kaczmarski - mury runą, runą, runą… I tego się trzymajmy. Znowu!

Moja daleka kuzynka, mieszkająca w mieście zdecydowanie większym od Gryfina, ma koleżankę. Nie jest to znajomość z cyklu: dzień dobry - dzień dobry. Kobiety często wzajemnie sobie pomagają, bo żyją w pojedynkę. No i ta koleżanka ma brata. Faceta nadgryzł już nieco ząb czasu, a do tego trochę mu w życiu nie wyszło. W efekcie gość mieszka w rozpadającej się altanie, bo tam nie trzeba płacić czynszu. To mu oczywiście na rękę, bo kilka razy odrzucił propozycję z urzędu pracy. Stamtąd pieniądz więc nie płynie, a reprezentacja lokalnego ośrodka pomocy społecznej w celach zawodowych na działki raczej nie zagląda. No i ten mężczyzna, na potrzeby tej opowieści nazwijmy go np. Kazik, zasadniczo żyje dzięki temu, że sąsiedzi bardzo przykładają się do wyglądu swoich ogródków. Być może organizuje się tam jeszcze konkurs na najładniejszą uprawę roku. Ziemniaczki są więc w gratisie, a z uzbieranych złociszy w pobliskim sklepiku osiedlowym można nabyć flaszeczkę. Zazwyczaj małpkę, więc nie ma mowy o dzieleniu się jej niewielką zawartością z kimkolwiek. Jeśli więc ewentualna impreza w zaprzyjaźnionym gronie, to każdy obstawia swój alko. I tak życie Kazikowi płynęło. Do tej pory zmieniały się właściwie tylko pory roku. Niedawno jednak Kazik odbył pierwszą w swoim życiu poważną wyprawę i to nie byle gdzie, bo do stolicy. Pewnie by tam nigdy się nie wybrał, bo kolej u nas droższa od zboża. Ale od czego są „przyjaciele”? Jakoś do Kazika dotarli i na bezpłatną wyprawę podstawionym autokarem zabrali. Mało tego. Kazik zupełnie nieświadomie został gwiazdą telewizyjnych wiadomości i to nie tylko w Polsce, bo stał przy jednej z barierek i pokrzykiwał, jak reszta jego światopoglądowych „przyjaciół”. Podział obowiązków tego dnia był niezwykle czytelny: ci lepiej ubrani i znani z mediów zajęli się podgrzewaniem podniosłej atmosfery oraz dyrygowaniem, a dowiezieni zamienili się… we wspaniały chór. U jednych i drugich nie zauważyłem w dłoniach białych róż.

W tym miejscu pragnę nadmienić, że wcale Kazikowi tego wypadu nie zazdroszczę. U nas przecież też chętnych szukali i gdybym tylko chciał, to też do Warszawy mógłbym pojechać. Ja po prostu nie stawiam na „przyjaźnie” partyjne czy światopoglądowe. Bo one nie są trwałe, mają ściśle określoną „przydatność do spożycia”, trwającą zazwyczaj jedną kadencję, a nierzadko nawet krócej.

Kilka dni temu spotkałem się z koleżankami niedoli z czasów szkoły średniej. Muszę przyznać, że Bukocha, Glebocha i Kurzocha niezmiennie wyglądają zjawiskowo. Kiedy w czasie przygotowywania składkowej produktowo biesiady w Wełtyniu zaczęliśmy snuć wspomnienia, to okazało się, że ostatni raz w takim składzie widzieliśmy się… w ubiegłym stuleciu. I wiecie co? Okazało się, że każde z nas ma teraz inne problemy życiowe, rozkminy czy stan zdrowia, różnimy się też światopoglądowo, ale nasze kumpelstwo nic nie straciło z młodzieńczej świeżości oczywistej w czasach przedmaturalnych. Nasze spotkanie trwało blisko 10 godzin i uwierzcie mi - w tym czasie ani na moment nie zapadła tzw. krępująca cisza. Mało tego - wstępnie umówiliśmy się już na kolejną schadzkę, jeszcze w czasie wakacji, bo nie wszystkie tematy udało nam się przegadać. Z reporterskiego obowiązku musze też dodać, że pod pamiątkową fotką umieszczoną na Facebooku pojawiło się kilka fajnych komentarzy, że o ilości lajków nie wspomnę. Tu muszę przyznać, że fejsbukowych znajomych nie posiadam kolekcjonersko wielu, a moje zacne koleżanki swoich kont na tym portalu nie posiadają lub nie korzystają z nich… natrętnie J

Ciekaw jestem, czy jacyś polityczni „przyjaciele” po dwudziestu kilku latach byliby/będą w stanie zwyczajnie spotkać się i fajnie pogadać? A właściwie po co ja zadaję to pytanie, skoro odpowiedź jest oczywista… Nie przepadam za polityką, jednak - szczególnie ostatnio - nie można być wobec niej obojętnym. Moje podejście do tematu jest zdecydowanie bardziej emocjonalne niż hobbystyczno-zawodowe. Ja po prostu pracuję, mimo tego, że ktoś kiedyś, próbując najprawdopodobniej wykazać swoją (przemijającą) wyższość, nazwał moje zawodowe obowiązki… zabawą.

Nie przepadam za ludźmi, którzy nie szanują innych, ich pracy, czy narzucają swoje przekonania, szczególnie wykorzystując swoją pozycję. W tym wypadku budowanie nawet kiepskiej kładki nie ma sensu, bo gdy spotkamy się ponownie za kilka lat choćby na ulicy, to na pewno nie przegadamy nawet kilku minut.

 

22 lipca 2017

 

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu