eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Takie tam pisanie

Jeśli okaże się, że czytacie ten tekst, to będzie oczywistym, że koniec świata zapowiadany na 23 września jednak nam się nie przydarzył. Pragnę jednak zaznaczyć, że felieton ten piszę w przeddzień wieszczonego kataklizmu, a więc tak naprawdę nie wiem, czy sensownym jest kontynuowanie tego procesu twórczego…

Dzisiaj nastała astronomiczna jesień. Noce chłodne, poranki jeszcze bardziej, tak naprawdę zaczynamy odczuwać, że dni są coraz krótsze. Kiedy przyjdzie nam jeszcze zmienić czas na zimowy, to wtedy już totalna kaplica… Oj widzę, że moje pisanie tym razem idzie w złym kierunku. Może połażę więc trochę po mieście, a do kontynuowania procesu twórczego powrócę wieczorem…

[dwie godziny później] W czasie spaceru zastanawiałem się - po co ludzie piszą? A cóż to za pytanie! To zupełnie, jakby próbować dowiedzieć się - dlaczego czytają? Odpowiedź jest prosta - z potrzeby, przy czym u każdego człowieka wygląda ona inaczej. W przeciwieństwie do potrzeby picia (tego i owego) czy jedzenia (mniej lub więcej), kwestia chęci pisania nie występuje u każdego. Pisanie to nic innego jak swego rodzaju rozmowa. Choć właściwie niezupełnie, bo to przecież nie dialog, a jedynie monolog. Prawdę mówiąc - słowotok. Każdy piszący robi to jednak z nadzieją, że ktoś inny zechce to przeczytać :)

Kiedy byłem dzieckiem, mniej więcej w połowie edukacji w szkole podstawowej (ośmioklasowej), rozpocząłem taką właśnie twórczość. Czas na pisanie pamiętnika znajdowałem zazwyczaj jedynie w czasie wakacji. W grubych, bo 96-kartkowych zeszytach opisywałem każdy ich dzień. Szybko jednak okazało się, że zaczynanie dowolnie wybranego opisu dnia laby od informacji, że pierwsza obudziła się babcia, druga Bebcia (ówczesna ksywa kuzynki), a trzeci ja - było zwyczajnie nudne. Wyjątkiem były oczywiście sytuacje, gdy z jakiegoś powodu wstałem drugi, ale takie dni w czasie dwumiesięcznych wakacji można było policzyć na palcach jednej ręki. Kiedy natomiast w Gnieźnie pojawiała się ciotka z niedalekiego Poznania, to w zakresie wstawania spadałem nawet z podium J

Potem następował opis tego, co zjedliśmy na śniadanie. Tu także wielkiej różnicy nie było, bo przyszło mi dorastać w trudnych czasach, kiedy w sklepach można było kupić jedynie przysłowiowy ocet. Babcia dwoiła się i troiła, by kuzynce i mnie niczego nie brakowało. Dwa razy w tygodniu (wtorki i piątki) jeździła więc skoro świt autobusem linii 3 lub 4 w miejsce zwane potocznie targiem, gdzie pojawiali się gospodarze z okolicznych wsi w celu sprzedaży jajek, gzika (w gwarze wielkopolskiej - białego sera) oraz sezonowych warzyw i owoców. Wielkim świętem dla nas był moment, gdy listonosz przynosił babci paczkę żywnościową od rodziny z zagranicy, zazwyczaj jedna w czasie wakacji. Po jej otwarciu, w lodówce pojawiały się puszki z szynką i rybami w oleju.  W paczce było także mnóstwo słodyczy, które niestety lądowały na niedostępnej dla dzieci, najwyższej półce pięknej poniemieckiej komody z wielkim blatem. Beata i ja wiedzieliśmy, że będziemy z nich korzystać przez najbliższych kilka tygodni. Te bogate (w naszym odczuciu) przesyłki pojawiały się jednak jedynie w wypadku, gdy rodzina zza oceanu zlecała ich przygotowanie przez sklep Pewex. Jeśli natomiast darczyńcy samodzielnie chcieli nas wesprzeć, to w paczkach pojawiał się asortyment kompletnie nieprzydatny z punktu widzenia młodego człowieka: mąka, cukier czy szare mydło :)

W czasie wakacji dużo jeździliśmy na rowerach. Trasa wycieczek wiodła na przedmieścia pierwszej stolicy Polski. Szybko wpadliśmy z kuzynką na pomysł, że wszystkie odkrywane drogi i dróżki, które wiodły przez pola i lasy, należy nazwać. Od wtedy określenie trasy kolejnych wypadów stało się znacznie prostsze, a w pamiętniku zaczęły pojawiać się własnoręcznie rysowane plany i mapy.

Z rodzicami i młodszym bratem jeździłem do Wielkopolski nie tylko w czasie wakacji. W ten sposób szybko zaczęło przybywać kolejnych tomów moich pamiętników. Pokonując maluchem każdorazowo ponad dwustukilometrową trasę, potrafiłem jednego razu liczyć wyprzedzone czy mijane samochody: syreny, duże fiaty, żuki, nyski, a później też polonezy. Innym razem zapisywałem wszystkie mijane znaki drogowe albo zwierzęta: krowy, konie, kozy, psy czy bociany w gniazdach. Podczas jednej z podróży pokusiłem się o zapisywanie godziny przejazdu przez każdą z wiosek, a w przypadku większych miast - czasu wjazdu do niego i wyjazdu. Moje pamiętniki znacznie zyskiwały więc na atrakcyjności. Jednego roku przez dwa wakacyjne miesiące prowadziłem dziennik pogody z zapisywaniem temperatury rano i wieczorem oraz rysowaniem znaków zachmurzenia lub jego braku, siły wiatru czy nasilenia ewentualnych opadów deszczu. Kiedy natomiast wyjeżdżaliśmy z Gniezna na kilka dni w inne miejsca, to moje pisane wspomnienia wzbogacały się o wklejane biletów czy widokówki, ale rzadko fotografie, bo filmy do aparatu fotograficznego ciężko było zdobyć, a zdjęcia  z nich wywoływało się u fotografa. Nieliczne ich egzemplarze zazwyczaj lądowały więc w rodzinnych albumach wzbogaconych o komentarze rzeczywistości pisane przez ojca. Eureka! Wiem skąd u mnie wzięła się chęć pisania! :)

 

22 września 2017

 

 

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu