eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Truskawkowe szaleństwo?

Przemierzając w sobotnie późne popołudnie niekrótką przecież trasę z południa na północ miasta, w obawie przed faktem, że pewnie nie kupię już nic szczególnego do jedzenia w związku ze zbliżająca się wolną, jak mawia jedna z moich przyjaciółek - jarosławową niedzielą, postanowiłem niczego w zakresie zakupów nie planować, a co za tym idzie - odwiedzić miejsca, w których codziennych zakupów nie czynię. Z wygody oczywiście, bo w jakim celu odwiedzać kilka kwartałów, skoro można kupić wszystko - od papieru toaletowego po sosu winegret - w jednym miejscu i to na trasie z pracy do domu. Cud i wygoda!

W trakcie marszu pomyślałem jedynie, że bardzo zależy mi na kupieniu białych szparagów, bo niezwykle chętnie ukręcę sobie jutro w termomiksie krem z tych kosmicznych sezonowych warzywnych delicji. Wiem oczywiście, że w supermarkecie przez cały rok mogę kupić nieskazitelnych rozmiarów szparagi w słojach o przeróżnej wielkości, a co za tym idzie - także długości tych bylin, ale nie ma jak świeże… Ano właśnie. I tu zauważam fantastyczny zaczątek do rozważań o wyższości nowalijek nad ogólnodostępną ostatnio opcją całoroczną. Oczywiście nie mam nic przeciwko niezbędnemu ostatnio importowi, bo oczywistym jest, że u nas - chociażby bananów zdecydowanie nie zbierzesz, żeby nie wiem jak się starać  :)

Kiedy byłem dzieckiem, opcji całorocznej oczywiście nie było, podobnie zresztą jak telefonów komórkowych i tanich linii lotniczych. Zdarzały się nowalijki typu szklarniowego, ale daleko im było do tych naturalnych, gruntowych. Na myśli mam nie tylko ich zapach. Powszechnie wiadomo bowiem, że nigdy pomidory czy ogórki kupione w styczniu, nie będę smakowały tak znakomicie, jak te wyhodowane, niekoniecznie nawet na swojej działce, ale… on time. W każdym razie, gdy przed laty w moim rodzinnym domu późną wiosną pojawiał się na kanapce pierwszy pomidor w roku, oczywiście obowiązkowo z drobno pokrojonym szczypiorkiem, to mama zawsze ciągnęła mnie za ucho. Taki wielkopolski zwyczaj.

A wracając do dzisiejszych zakupów, po drodze postanowiłem odwiedzić sklep warzywny mieszczący się przy fragmencie nieistniejącej już ulicy Marchlewskiego. Nieśmiało zapytałem tam o szparagi i odniosłem sukces. Mało tego! W związku z tym, że kupowałem ostatnie pęczki, to zakupiłem trzy w cenie dwóch. Normalnie bajka! Do tego, równie korzystnie, bo z bonifikatą, nabyłem koszyczek pierwszych, zdaje się polskich truskawek. Dawno nie byłem tak szczęśliwy. Nawet ostatnio, gdy kurier - wcześniej niż się spodziewałem - dostarczył mi przesyłkę z czerwonymi pepegami i kolorową koszulką z bogatym motywem owoców wszelakich, które kupiłem w internetach.

Kiedy posiadałem już w płóciennej torbie z motywem londyńskim, niespodziewany kilogram truskawek, to został mi jedynie zakup śmietany osiemnastki, a tej zdecydowanie nie brakuje, nawet w sobotę przed wolną od handlu niedzielą. No i oczywiście chleba, ale w tzw. fachowym sklepie, by przetrwał dłużej niż jeden wieczór, bez opcji zazielenienia lub skamienienia w ciągu 24 godzin. Gdyby nie fakt, że czekała mnie robocza niedziela, to właściwie mógłbym nie wychodzić z domu, bo i po co, skoro w chałupie mam wodę, prąd, Internet i… wspaniałe nasze nowalijki. I nagle okazało się, że to wcale nie jest tak. Bo nowalijki, według „Słownika języka polskiego”, to młode warzywa ukazujące się po raz pierwszy w sprzedaży w nowym sezonie (wiosną). Wikipedia uściśla, że zaliczamy do nich sałatę, rzodkiewkę, pomidora, młodą marchew, ogórka, szczypiorek, rzeżuchę, nać pietruszki i cebulę dymkę. Przyjąłem zatem do wiadomości, że pierwsze tej wiosny truskawki, nie są niestety nowalijkami. Nie pociągnąłem się więc za ucho przed ich konsumpcją, mimo że poczułem ich smak w przeciwieństwie do tych z Hiszpanii, które z ciekawości kupiłem jeszcze zimą. Były duże, zgrabne i prawie dojrzałe, ale o smaku… wody, czyli żadnym. Te kupione dzisiaj, smakowały fenomenalnie, swojsko, ale co z tego, skoro szykując się do napisania tego felietonu, znalazłem w Internernecie następujący wpis: Te wczesne polskie [truskawki] niczym nie różnią się w smaku od importowanych - są tak samo produkowane w rynnach z korzeniami zanurzonymi w nawozowej breji, która jest tylko uszlachetniana na początku fosforem, żeby system korzeniowy dał radę, a potem azotem, by krzaki były zielone. W międzyczasie wszystko to jest podlewane środkami ochrony przed grzybami i szkodnikami…

Jezus Maryja! Jakżesz to tak? Ja jednak wierzę, że te, które zjadłem dzisiejszego wieczoru w towarzystwie zacnej śmietany i cukru - są zupełnie zdrowe i niczym niepompowane. Pewności jednak nie mam, bo nie wiem jak smakuje fosfor, azot czy środki ochrony przed szkodnikami. Liczę też, że szparagami, z których jutro ukręcę wspaniały krem, też się jakoś szczególnie nie otruję. A jeśli tak? Czy to powód, by porzucić nowalijki i to wszystko co nimi nie jest, ale bardzo to lubimy i czekamy na ich pojawienie się każdej wiosny?

W 2016 r. do jednego ze szpitali w Łodzi trafiły dziesiątki pacjentów z poważnym nieżytem żołądkowym po spożyciu, jak się potem okazało, truskawek pryskanych środkami chemicznymi. W wypadku niektórych z chorych, odwodnienie było tak duże, że doszło u nich do zaburzeń elektro-jelitowych i konieczna była ich hospitalizacja. Poczekam więc na reakcję organizmu do jutra. Jeśli nie trafię do szpitala, to znaczy, że warto było zaszaleć :)

12 maja 2018

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu