eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Tych klientów nie obsługujemy

Oczywiście liczę się z tym, że moja fotografia może zawisnąć w galerii niechętnie widzianych konsumentów, ale mimo to nie zamierzałem przejść obojętnie wobec sytuacji, której doświadczyłem w pierwszy piątek stycznia wraz z innymi klientami jednego z gryfińskich sklepów

Nieco młodszym czytelnikom podpowiem, że we wspomnianej galerii pojawiła się także fotka pewnego mężczyzny, który wraz z żoną mieszka na Służewcu, ale wszystkie sklepy aż do Żoliborza są nie niego… poobrażane. Dlaczego? Bo pan Kaziu -  dżentelmen i człowiek starej daty - nie tolerował bałaganiarstwa w sklepach spożywczych. Kiedy w jednym z nich ekspedientka poprosiła panią Wiesię, która na kolanach zmywała posadzkę w supersamie, by ta podała jej kurczaka, a pomocna kobieta chwyciła truchło przy pomocy szmaty do podłogi, klient nie wytrzymał i udał się na skargę do kierownika sklepu. Szybko okazało się, że podstawową zasadą higieny przestrzeganą w tym przybytku jest pukanie do drzwi pokoju szefa. W drzwiach gabinetu (bardziej wyszukane określenie kierowniczej kanciapy) pojawiły się także obie pracownice, które piskliwymi głosikami narysowały zaistniałą przed momentem sytuację na nowo: że ten pan po chamsku wyrwał ekspedientce kurczaka i sprzątaczce zabrał ścierkę - jej narzędzie pracy, a w ogóle to chciał ukraść tego kurczaka, więc to złodziej i pijak, bo każdy pijak to złodziej. Mimo próśb małżonki, by pan kierownik supersamu nie obrażał się na jej męża - pana Kazia, który ostatecznie postanowił, że w zaistniałej sytuacji jest gotów na zakupy jeździć nawet do Bydgoszczy, nie udało się uniknąć oczywistego. Wkrótce na polecenie przełożonego, rosły pan Sławek wykonał fotografię kolejnego klienta, która wzbogaciła poczet niechcianych nabywców. Tak wyglądały losy petenta w filmie „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?” z 1978 r. w reżyserii Stanisława Barei.

A jak będzie w moim przypadku? Piątek 5 stycznia 2018 r., godz. 16.50. W Biedronce w centrum Gryfina tłum. Właśnie wróciłem ze Szczecina z niezwykle ważnego szkolenia i postanowiłem po drodze wejść do tego sklepu, bo tylko tam mogę nabyć ulubioną i tanią rozpuszczalną kawę. Zupełnie niestety umknął mi fakt, że następnego dnia nie mam po co wybierać się po świeże produkty na obiad, bo sklepy będą nieczynne. Pewnie stąd ten tłum, bo zawsze w przeddzień Polacy zaczynają gromadzić. Kupujemy zazwyczaj więcej, niż jesteśmy w stanie zjeść.

A we wspomnianym sklepie pięć kas, z czego pracują jedynie dwie. Dwa ogonki, choć w tym wypadku powinienem napisać - ogony, sięgające aż końca stoisk z warzywami i owocami. Wszyscy grzecznie stoją, bo w końcu jesteśmy nauczeni, że Polak musi odstać swoje. Bez względu na to, czy to sklep, czy lotnisko. Polacy muszą stać w kolejce i po tym łatwo ich rozpoznać poza granicami kraju. Niestety z podobnego założenia najprawdopodobniej wyszli pracownicy Biedronki: skoro do nas już przyszli i zapełnili kosze żarciem, to przecież nie odpuszczą. I bez względu na fakt, jak to długo potrwa, to przecież i tak nam zapłacą. Smutne, ale prawdziwe. Tym bardziej, że w tej części miasta ta sieciówka nie ma praktycznie konkurencji. Nie ma w tym wypadku śladu po najważniejszej dewizie handlujących, że klient nasz pan. Tu przysłowiowym panem jest Biedronka :(

Na tym jednak moja opowieść się nie kończy. Kiedy po kilkunastu minutach zbliżyłem się do kasjerki na tyle, by usiłować złapać z nią kontakt wzrokowy, co - wszyscy wiemy - nie jest łatwe, aksamitem głosu mego, przywdziewając zdecydowany ton, zapytałem pani, do której zbliżałem się w zawrotnym tempie trzech kroków na pięć minut: czy nie można czegoś zrobić, by w piątkowe popołudnie, kiedy w sklepie panuje tłok, uruchomić więcej kas? I wtedy stała się rzecz, której nie znoszę, przede wszystkim jako klient (bez krawata, a więc awanturujący się). Otóż… nic się nie stało. Kobieta, do której kierowałem to pytanie patrząc jej w oczy, zwyczajnie nie zareagowała. Po prostu kontynuowała skanowanie kodów kreskowych. Ja z kolei zaliczyłem około 137 spojrzeń należących do pogodzonych z sytuacją klientów dyskontu. Nie odpuszczałem i powiedziałem głośniej: to bardzo niegrzeczne, że nie reaguje pani na pytanie klienta! Spojrzała na mnie wtedy i odpowiedziała od niechcenia: dzwonki nie działają. Na szczęście nie musiałem kontynuować tej nierównej walki, bo wkrótce stanął obok mnie pracownik ochrony, który powiedział: to może ja poproszę jeszcze jedną kasjerkę. Trochę to trwało, zanim przybyła odsiecz z drugiego końca składu jedzenia i chemii, który należy do największej sieci handlowej w Polsce pod względem liczby posiadanych sklepów, a więc pewnie i kas, choć w większości przypadków pewnie nieczynnych z powodu niezwykle poważnego problemu zasadniczo nie do rozwiązania. Okazało się, że przybyła kobieta wykazała się zdecydowanie większą empatią wobec mnie i w czasie skanowania kodów kreskowych z moich niewielkich zakupów, przepraszała za niesprawne dzwonki, a widząc - mimo działania trzech kas - zbyt wolno topniejące kolejki, podjęła decyzję o wezwaniu kolejnej kasjerki. Pomyślałem wtedy: brawo Kasprzyk! Mała rzecz, a cieszy ;)

Po dotarciu do domu okazało się, że zdenerwowanie jednak mnie nie opuściło i byłem gotów przejść do kontynuowania rozmowy (nadal bez krawata) z… kimś wyżej. Niestety okazało się to niemożliwe, bo na stronie internetowej opisywanej Biedronki, wśród informacji o godzinach otwarcia sklepu, mapy centrum Gryfina i mnóstwa informacji dotyczących całej sieci, nie znalazłem numeru telefonu do lokalnego pana kierownika. Są za to numery infolinii do siedziby firmy w Warszawie (nawet dla klientów z zagranicy), no ale przecież nie będę tam telefonował, wysyłała faksu czy mejla w sprawie niedziałających dzwonków w Gryfinie. Najgorsze jest jednak to, że opisywanie tej sytuacji w sposób atrakcyjny dla czytelnika, zajęło mi trzykrotnie więcej czasu :(

6 stycznia 2018

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu