eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Wielki festiwal w małym mieście

Myślę, że nikogo nie trzeba przekonywać o tym, że to Włóczykij jest nazwą częściej odmienianą przez przypadki, niż miejsce, w którym ten festiwal się odbywa, czyli Gryfino. Tak oto przez jedenaście lat (zakończony właśnie festiwal odbywał się po raz dwunasty) organizatorom jednej z najpopularniejszych imprez podróżniczych w Polsce udało się stworzyć markę doskonale rozpoznawalną w naszym kraju. I co teraz z tym zrobić?

Kilka lat temu byłem świadkiem sytuacji, gdy jeden z zaproszonych z Polski podróżników, przez pomyłkę udał się do… Gryfic. Był zdziwiony, że w mieście organizującym tak wielki i znany festiwal, nie znalazł żadnego plakatu na trasie z dworca do domu kultury, i jak nam opowiadał, natychmiast skierował ten zarzut do pierwszej napotkanej - Bogu ducha winnej - kobiety w Gryfickim Domu Kultury. Kiedy zdał sobie sprawę, że trafił do niewłaściwego miasta, poczuł się nieswojo, bo do tej pory nigdzie na świecie nie zdarzyło mu się nie trafić z zadane sobie miejsce, a podróżował w miejsca, o których większości z nas nawet się nie śniło.

Nie da się ukryć, że to dzięki Włóczykijowi najwięksi w dziedzinie festiwalowego tematu, dowiedzieli się, że jest takie niewielkie miasteczko w północno-zachodniej części Polski, które nazywa się Gryfino. Że jest to miejsce, gdzie przez jedenaści dni każdego roku można spotkać podobnych freaków albo wspaniałą publiczność, która rok rocznie na mniej więcej trzy miesiące przed rozpoczęciem imprezy toczy swoistą walkę o festiwalowe karnety. Ludzie kupują w ciemno kolorowe kartoniki - wejściówki do „raju”, nie znając jeszcze ani jednego punktu festiwalowego programu, bo wiedzą, że się nie zawiodą. Że zainwestowane pieniądze pozwolą im „odbywać podróże”, na które większość z nich nigdy sobie nie pozwoli i to wcale nie z powodu braku czasu. To wszystko czyni tę imprezę czymś więcej, niż tylko kolejnym zjazdem ludzi z branży, którzy podobnych punktów spotkań w całej Polsce mają co najmniej kilkanaście w roku. Większość z nich powtarza, że nasze miasto, Gryfiński Dom Kultury, pub U Suszka czy nawet była piekarnia przy ul. Szczecińskiej przysposabiana co roku na tzw. salę projekcyjną - to miejsca magiczne. Przede wszystkim ze względu na ludzi pracujących nad corocznym powodzeniem przedsięwzięcia pod nazwą Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij. Wydarzenia, które gromadzi setki obserwatorów i uczestników prezentacji podróżniczych, spotkań autorskich, koncertów, niszowego kina, wycieczek, kosmicznego Balu Włóczykija, nocnego rajdu ekstremalnego na orientację, zimowych kąpieli w rzece czy wreszcie Małego Włóczykija, czyli przedpołudniowych warsztatów i prezentacji dla najmłodszych mieszkańców naszego miasta i okolic, niestety nieco tego roku zdziesiątkowanych przez szalejącą grypę. Celowo piszę setek, mimo że mogłyby być ich tysiące…

Tego roku obserwowałem festiwal z punktu widzenia okienka kasowego i nie ukrywam, że było to niezwykle interesujące doświadczenie, choćby ze względu na osobisty kontakt z większością widzów. Z przyjemnością sprzedawałem im setki wejściówek, każdego dnia w innym kolorze, na wszystkie wydarzenia Włóczykija. Okazuje się, że wśród kupujących było mnóstwo takich, którzy poza uczestnictwem w festiwalu, także te bilety kolekcjonują. Niestety z wielkim smutkiem wielu chętnych odprawiałem z przysłowiowym kwitkiem, w związku z brakiem biletów na część z wydarzeń. Odmawiałem tym z Gryfina, którzy o imprezie - ku mojemu zdziwieniu - dowiedzieli się niedawno, ale już teraz będę wiedzieli, że o włóczykijowe karnety czy bilety trzeba postarać się znacznie wcześniej. Odmawiałem też tym, którzy długo przy okienku kasowym nie chcieli dać za wygraną i tłumaczyli mi, że przyjechali specjalnie z Polic, Stargardu czy Szczecina chociażby na Przemka Kossakowskiego czy Wojciecha Jagielskiego, albo wzruszające wspomnienie o Tomku „Czapkinsie” Mackiewiczu - częstego bywalca poprzednich edycji festiwalu - i nie przypuszczali, że biletów zabraknie już dzień wcześniej. Tłumaczyli, że są gotowi siedzieć na podłodze albo stać i nie chcieli wierzyć, że nasza sala widowiskowa jest już pełna, także stojących czy siedzących na schodach czy na podłodze tuż przy naszych gościach.

Od kilku lat impreza nie ma w naszym mieście najmniejszej szansy na dalszy rozwój, mimo że nadal posiada ogromny potencjał. Przede wszystkim w dzielnych widzach, którzy decydują się na udział festiwalu w katastroficznych wręcz warunkach. Myślę, że ci, którzy odeszli od okienka kasowego z przysłowiowym kwitkiem, bo zabrakło dla nich miejsc nawet na podłodze, raczej już do nas nie wrócą. To cholernie smutne :(

5 marca 2018

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu