eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

To on leczy nasze dusze

Wracamy do obszernego wywiadu z Krzysztofem Pastuszką, cieszącym się w Gryfinie dużą popularnością lekarzem psychiatrą

To on leczy nasze dusze.

(Wywiad ukazał się na łamach Gazety Gryfińskiej 8 listopada 2016 r.)

 

Krzysztof Pastuszka jest lekarzem psychiatrą. W internecie można znaleźć na jego temat wiele bardzo pochlebnych opinii. Mieszkańcom Gryfina i okolic pomaga w ramach swojej praktyki w Niepublicznym Zakładzie Opieki Zdrowotnej Chrobry, który mieści się przy ul. Chrobrego 52. Pacjentów przyjmuje także prywatnie. Na uwagę o swoim młodym wyglądzie reaguje śmiechem. Urodził się w 1971 r., w 1996 ukończył Pomorską Akademię Medyczną. O sobie mówi: rodowity szczecinianin. Frajdę sprawia mu jazda samochodem, aktywność fizyczna i czas spędzany z rodziną. Udało się skraść mu godzinę, podczas której opowiedział nam o swojej pracy i problemach, z którymi najczęściej przychodzą do niego gryfinianie. Jak walczyć z depresją? Jak dbać o zdrowie psychiczne? Czy „Lot nad kukułczym gniazdem” to nadal rzeczywistość gabinetów psychiatrycznych? Mamy nadzieję, że naszą rozmową pomożemy oswoić się z tematem, który przez część społeczeństwa nadal uważany jest za wstydliwy.

 

  • Psychiatra – upadek tabu

 

To trudny zawód?

- Jest to praca ciekawa, wręcz uzależnia. Lubię ją, ale jest ciężka. Po całym dniu pracy potrzebny mi jest pewien bufor, żeby odtajać. Nie zawsze jest to możliwe, a rzadko wracam z pracy wcześnie. Zna pan lekką pracę? Nie ma lekkiej pracy.

 

Wiek ma w tym zawodzie znaczenie?

- Czasami ludzie myślą, że jak ktoś ma bardziej nobliwy wygląd, to może i większe doświadczenie.

 

Czym są zaburzenia psychiczne?

- Uogólniając, możemy to sprowadzić do nieprawidłowego funkcjonowania różnych neuroprzekaźników. Te neuroprzekaźniki to np. noradrenalina, dopamina, serotonina… W zależności od tego, co się dzieje, którego z nich brakuje, mamy odpowiedni obraz chorobowy. Nie ma jednak prostego przełożenia, że jakiś konkretny gen odpowiada za określone zaburzenie. Nie można powiedzieć, że ktoś odziedziczył gen schizofrenii czy gen depresji. Mówimy jedynie o pewnej podatności o podłożu rodzinnym  na zachorowania, ale nie są to stuprocentowe zależności. Warto też wspomnieć o schorzeniach, które mogą imitować objawy chorób psychicznych. Ma to miejsce np. przy nadczynności czy niedoczynności tarczycy. Wcale nierzadki problem. Jako psychiatra muszę być wyczulony na wiele czynników.

 

Czym różni się psycholog od psychiatry?

- Psychiatra to lekarz, specjalista po studiach medycznych, który przeszedł szkolenie określane jako specjalizację. Po zdanym egzaminie specjalizacyjnym otrzymuje się tytuł specjalisty-psychiatry. Jest to lekarz, który ordynuje leki, stawia diagnozy, ewentualnie, jeżeli przeszedł odpowiednie szkolenie, może też stosować psychoterapię. Psycholog jest osobą bez wykształcenia medycznego po ukończeniu studiów na wydziale psychologii. Taka osoba prowadzi różne rodzaje psychoterapii: indywidualną z pacjentem czy grupową. Dobiera formę pomocy poprzez rozmowę, bez stosowania leków, zajmuje się również badaniami psychologicznymi. Przeprowadza np. badania intelektu w celu określenia stopnia upośledzenia umysłowego. Określiłbym pomoc psychologa jako wsparcie pozafarmakologiczne.

 

Do kogo zatem najpierw powinna zwrócić się osoba, która odczuwa dyskomfort natury psychicznej?

- Psycholog i tak zorientuje się z czym ma do czynienia. Także można zacząć od psychologa.

 

Wydźwięk słowa psychiatra budzi nadal negatywne skojarzenia?

- To pokutuje w coraz mniejszym stopniu, ale to fakt. Pojawiała się u ludzi taka reakcja: jak to? Ja? Do psychiatry?! Przecież nie jestem wariatem! albo nie róbcie ze mnie wariata! Dawniej wizyta u psychiatry to była ostateczność. Teraz ludzie zaczynają rozumieć, że psychiatra to nie jest ktoś, kto się zajmuje wariatami, tylko osoba, która niesie pomoc.

 

Świadomość społeczna wzrosła wraz z upowszechnieniem się takich problemów?

- Tak. Zachorowań jest coraz więcej. Głównie jeżeli chodzi o depresje i zaburzenia nerwicowe. Osobiście podchodzę do tego tak, że ludzie miewają anginę, miewają nadciśnienie czy cukrzycę. Mogą mieć także depresję, schizofrenię, mogą mieć otępienie. Podchodzę do tego normalnie. Te choroby są takie, jak każde inne w medycynie. Inny był tylko odbiór wśród pacjentów. Wcześniej bywało tak, że jak pacjent trafiał do psychiatry, to był już naprawdę w poważnym kryzysie. Autentycznie już sobie nie radził. Miał takie poczucie, że doszedł do ściany i nie zrobi już ani kroku dalej. Dzisiaj świadomość społeczna jest większa, zarówno zagrożeń, jeśli chodzi o psychikę, jak i tego, że z takimi problemami można sobie poradzić, że istnieje pomoc. Nieraz słyszę od pacjentów: dowiedziałam się, że mogę tu do pana przyjść, dowiedziałam się od kosmetyczki, od fryzjerki, mechanik mi powiedział…

 

Ludzie rozmawiają między sobą...

- Przestaje być to taką tajemnicą, głęboko skrywaną, że ktoś miał kontakt z psychiatrą. Zazwyczaj ludzie potem przyznają, że niepotrzebnie zwlekali z tym tak długo, że mogli wcześniej przyjść. Albo w trakcie rozmów między ludźmi okazuje się, że mają takie same problemy i komuś taka wizyta pomogła. Także warto przyjść, porozmawiać… można sobie pomóc. Obecnie codziennie mam przynajmniej trzech nowych pacjentów.

 

Codziennie?!

- Mógłbym mieć więcej, tylko muszę mieć czas dla tych, którzy już u mnie się leczą. To nie może odbywać się ich kosztem.

 

Liczba specjalistów na rynku jest zbyt mała?

- Zbyt mała. Zdecydowanie.

 

 

  • Nie bójmy się prosić o pomoc

 

Zauważa pan wzrost zachorowań na podłożu psychicznym. Czy to drastyczne zjawisko?

- Na pewno zwiększyła się zachorowalność. Zwłaszcza na depresje i zaburzenia depresyjno-lękowe, czyli nerwicowe. To na pewno, ale też zwiększyła się świadomość pacjentów. Wizycie u psychiatry nie towarzyszy już dzisiaj lęk. Stąd poniekąd większa liczba pacjentów.

 

Teza, że kiedyś tych problemów nie było jest fałszywa?

- Oczywiście. Teraz jest inna świadomość.

 

Ludzie bali się stygmatyzacji, etykietki wariata, świra?

- Dokładnie tak. W małych miejscowościach czy we wsiach nadal się to zdarza. Wiadomość o tym, że ktoś chodzi do psychiatry wiąże się często z wykluczeniem takiej osoby, alienacją. Na szczęście to się zmienia. W miastach już tak nie jest. Zmieniła się też możliwość pomocy takim osobom. To znaczy mamy zupełnie inny arsenał leków. Kiedyś stosowane przez nas leki miały więcej działań ubocznych, bywały źle tolerowane przez pacjentów. U różnego rodzaju pacjentów mogły powodować spowolnienie, problemy z koncentracją, z zebraniem myśli, w efekcie wycofanie społeczne. Tamte leki działały bardzo tłumiąco na objawy, jakie występowały u pacjentów, przy okazji tłumiąc ich naturalną witalność.

 

Czyli że nie należy się bać już tej farmakologicznej strony?

- Powiem panu, że jak przychodzą pacjenci, u których np. rozpoznaję depresję i którym proponuję leki, to mniej więcej jedna trzecia z nich ma opór przed wprowadzeniem leku, woleliby uniknąć farmakoterapii. Wtedy tłumaczę, że nie jestem od tego, by ludziom wpierać chorobę, tylko od tego, by pomóc w niej.

 

Boją się przyznać do słabości?

- Tak. Obawiają wprowadzenie leku, bo to oznacza, że ich stan jest już tak ciężki. Nie chcą przyjąć do świadomości, że jest z nimi źle. Jednocześnie objawy, które zgłaszają, przemawiają za tym, że sobie nie radzą. Główna obawa przed stosowaniem leków w sytuacjach lękowo-depresyjnych jest taka: czy ja będę mógł normalnie funkcjonować, myśleć, prowadzić samochód? Albo, że ktoś nie chce się czuć zmulony. Trzeba wtedy takiemu pacjentowi wytłumaczyć, że te leki są od tego, żeby jego funkcjonowanie poprawić. Jeżeli nie trafimy z lekami, zawsze można dobrać inne.

 

W którym momencie ktoś powinien zwrócić się o pomoc do specjalisty?

- Jak przestaje sobie dawać radę sam ze sobą. Ewentualnie w sytuacji, kiedy bliskie osoby z otoczenia – czy w rodzinie, czy w pracy – sugerują, że coś się dzieje. Czasami jest tak, że człowiek sam może tego nie zauważyć, bo nie ma takiego wglądu w siebie. Pomoc jest wskazana, jeżeli sam dostrzega, że jest jakiś problem, że przestaje być wydolny. Objawy mogą być różne: obniżenie nastroju, brak siły, codzienne zmuszanie się do najprostszych czynności. Nie mówiąc już o zaburzeniach psychotycznych. Niekoniecznie musi być to od razu psychiatra. Może być równie dobrze psycholog. Ważne, by pójść i skonfrontować, czy faktycznie coś się ze mną dzieje, czy jest to sytuacja przejściowa. Czy rację mam ja, bagatelizując występujące objawy, czy jednak rację mają osoby wokół mnie, które dany problem sygnalizują.

 

 

  • Kiedy nie wystarcza wziąć się w garść

 

Jak poznać, że coś złego dzieje się ze mną?

-  Przyczyny, tak samo jak objawy, mogą być najróżniejsze. Może to być drażliwość, nadmierna pobudliwość, wybuchowość. Mogą być to problemy z pamięcią, ze snem, z apetytem. Objawów, które mogą sugerować, że coś się ze mną dzieje, jest całe mnóstwo.

 

Stres czy napięcia przytrafiają się każdemu. Jak odróżnić chwilowe zaburzenia wynikające z bieżącej sytuacji życiowej od czegoś poważniejszego? Jak poznać, że wahadło wychyliło się za daleko?

- Istnieje coś takiego jak kryterium czasu. Weźmy na przykład depresję. Żeby mówić o depresji, to objawy, według obecnie obowiązującej klasyfikacji chorób, muszą utrzymywać się przez większą część czasu, przynajmniej przez dwa tygodnie. Każda choroba ma swoją własną skalę czasową. Skoro już mówimy o depresji, to gorszy nastrój, tzw. dół, może się trafić każdemu. Może to trwać dzień, dwa, ale zawsze jakoś się z tego wyzbieramy. Mieliśmy jakiś kryzys zawodowy, finansowy czy emocjonalny, ale zaczynamy sobie pomału radzić, wychodzimy na prostą – wtedy nie ma potrzeby szukania pomocy. Inaczej jeżeli pogorszenie naszego funkcjonowania się utrzymuje, każdy dzień jest taki sam albo gorszy. Dołączają się nowe objawy, czujemy, że przestaliśmy sobie dawać z tym radę. To nie jest tak, że możemy wziąć się w garść.

 

Słynne "wziąć się w garść”...

- Właśnie to jakby odróżnia tę sytuację przejściową czy zwykłe lenistwo od choroby. Zdrowy człowiek jest w stanie wziąć się w garść. Wyzbierać się, poukładać sobie w głowie i zacząć funkcjonować od nowa. W sytuacji, kiedy rozwija się choroba, przestajemy być wydolni. Przestajemy sobie radzić z objawami, które zaczynają rzutować na nasze funkcjonowanie i na najbliższych, rodzinę. Na przykład człowiek zaczyna się izolować. Załóżmy: wraca z pracy do domu, izoluje się od domowników, nie chce z nimi rozmawiać. Woli zamknąć się w pokoju, nie odbiera telefonów, nie chce, by ktoś przychodził, zagadywał. Meczą go spotkania rodzinne czy z przyjaciółmi. Zaczyna zapominać, musi notować na karteczkach, w kalendarzu. Jest nieobecny. Nie potrafi skoncentrować się na rozmowie, na telewizji. Niby patrzy, a pół filmu wyleciało. Problemem jest wtedy czytanie książek, gazet, nawet prostych tekstów. W ogóle przyswajanie wiedzy.

 

Czy rzeczywiście każdy przypadek jest inny?

- Nie ma dwóch takich samych pacjentów. Każdy niesie ze sobą inną historię, inną grupę objawów, inaczej zareaguje na leczenie.

 

 

  • Lęk przed nieznanym - praktyka

 

Jak rozmawiać z takimi osobami? Jak proponować im pomoc?

- Kiedy osoby postronne pytają o to, jak mają powiedzieć synowi, mężowi, córce, żeby przyszedł do mnie, są to na ogół sytuacje trudne. Niejednokrotnie takie osoby same są uwikłane w te sytuacje. Z kolei nie da się pomóc komuś, kto tej pomocy nie chce przyjąć. Można próbować przekonać taką osobę, żeby wybrała się po pomoc. Na początek chociażby do psychologa. Na zasadzie prośby po prostu. Zaproponować, że pójdziemy razem z taką osobą: wiesz co, pójdę z tobą; zaczekam na zewnątrz, ty sobie posiedzisz, porozmawiasz... nie będziesz chciał brać leków, nie spodoba ci się to, co usłyszysz - ok, ale pójdźmy; nie spodoba ci się, trudno, ale posłuchaj chociaż fachowca, żeby mógł ci powiedzieć, czy jest problem, czy nie; daj sobie pomóc.

 

A jeśli pomimo próśb nie chce skorzystać z pomocy?

- Zdarzają się też takie sytuacje, że pacjent nie przyjdzie do specjalisty, kiedy dzieje się już coś naprawdę złego, kiedy ktoś przestaje już wstawać do pracy czy na uczelnię, najchętniej spędziłby cały dzień w łóżku, nie ma ochoty pójść się wykąpać, zjeść cokolwiek. Nic go nie interesuje, komputer, gazeta, komórka. Nic. Ewidentnie widać, że zaczyna się problem. Wtedy zawsze można poprosić o wizytę domową, lekarz psychiatra może przyjechać do takiego pacjenta.

 

Pan jeździ na takie wizyty u pacjentów?

- Tak, jeżdżę i w każdej poradni zdrowia psychicznego istnieje możliwość zrealizowania przez lekarza wizyty domowej. Problemem jest czas. W tym sensie, że jeżeli ktoś jest już w takim stanie, że zalega w łóżku, to nie może już sobie pozwolić na czekanie na wizytę miesiącami. W Szczecinie funkcjonuje Zespół Psychiatrii Środowiskowej przy Centrum Psychiatrycznym, którym to zespołem kieruje doktor Joanna Ziętek, ale to jest teren Szczecina czy w najbliższym obrębie. W Gryfinie na szczęście nie trafiają mi się takie przypadki, żebym musiał awaryjnie – jak pogotowie – jechać do pacjenta. O ile jest to uzasadnione, np. chodzi o jakąś starszą osobę np. z otępieniem, to wtedy proponuję wizytę domową, na którą po umówieniu czeka się około jednego do dwóch miesięcy.

 

To długo. Zwłaszcza, że w sytuacji kiedy to pan jedzie do pacjenta, ten może nie być już w stanie po pomoc zwrócić się o własnych siłach.

- Długo, ale tyle się czeka. My też mamy rodziny, nie jesteśmy jedynymi dysponentami naszego czasu. Zawsze jednak w takich sytuacjach proponujemy pomoc kogoś innego.

 

Każdy ma prawo do własnego życia.

- Dokładnie. Zależą ode mnie też inne osoby. Nie mogę nie pojechać po dziecko do szkoły. Poza tym jadąc na domową wizytę, musiałbym nie przyjąć kogoś tutaj na miejscu. Specyfika pracy naszej poradni jest taka, że pacjenci są poumawiani na konkretną godzinę. Tak to wygląda. Rozmawiamy o problemie nagłości pewnych przypadków, a pracy – tej na miejscu - nie brakuje.

 

Wracając do wizyt domowych. Jak reagują na nie osoby, do których pan przyjeżdża?

- Zależy co dzieje się z takim pacjentem. Jeżeli widzi, że już sobie nie radzi, to nawet się ucieszy. Nie miał sił pójść do poradni, ale skoro lekarz dotarł do niego, to co mu szkodzi porozmawiać? Zobaczymy co z tego będzie, chociaż porozmawiamy. Osobom z zaburzeniami depresyjnymi zazwyczaj da się pomóc. Zaproponować jakieś wyjście – hospitalizację czy przynajmniej leki. Staram się dać takiemu człowiekowi wizję wyjścia z kryzysu. Gorzej sytuacja wygląda w przypadku zaburzeń o podłożu psychotycznym, zaostrzenia schizofrenii czy psychozy związanej z alkoholem.

 

Występuje zaprzeczenie?

- No więc właśnie. Wtedy mogę spotkać się nawet z agresją.

 

Co wtedy?

- Wie pan, nie będę ryzykował własnego życia i na siłę próbował pacjenta poskromić.

 

Wyczucie jest wpisane w naturę pana zawodu.

- W zależności od tego, jaki mam wywiad od rodziny, wycofuję się w takich sytuacjach z domu. Niejednokrotnie zdarzało mi się to w mojej pracy. W Gryfinie również. Wtedy pozostaje telefon na policję i do pogotowia z informacją, że mam pacjenta, który powinien znaleźć się w szpitalu psychiatrycznym i proszę ich o pomoc. Oczywiście są to już sytuacje ekstremalne.

 

Czy można takiego człowieka hospitalizować wbrew jego woli?

- Można i są ku temu bardzo konkretne przesłanki. Mówi o tym Ustawa o ochronie zdrowia psychicznego. Skierowanie do szpitala wystawia lekarz, najlepiej psychiatra. Jeżeli taka osoba stanowi zagrożenie dla zdrowia lub życia innych osób, bądź dla swojego życia, to może być zatrzymany w szpitalu psychiatrycznym bez jego zgody. Zasadność takiej decyzji jest weryfikowana przez sędziego sądu rodzinnego w oparciu o opinię lekarza i wywiad od pacjenta w ciągu 72 godzin od przyjęcia do szpitala. Weryfikacja jest konieczna, by wykluczyć możliwość manipulacji, zemsty skonfliktowanego małżonka, sąsiadów, prób przejęcia majątku… Ludzie opowiadają o sobie rozmaite rzeczy, różne sytuacje są możliwe.

 

 

  • Gryfino - ludzie z tej samej gliny

 

Czy Gryfino pod względem zaburzeń psychicznych jest w jakiś sposób szczególnym miejscem?

- Wydaje mi się, że w Gryfinie jest dość częsty problem alkoholowy, uzależnienia od alkoholu. Rozpoznaję często uzależnienie od środków psychoaktywnych. Mam na myśli narkotyki: marihuanę czy  amfetaminę. Sporo jest uzależnień od hazardu. To są zauważalne zjawiska. Dużo pacjentów cierpi na zaburzenia depresyjno-lękowe. To w zasadzie dominujące rozpoznanie w naszej gryfińskiej placówce. Nie sądzę jednak, żeby Gryfino w jakiś szczególny sposób różniło się od reszty Polski.

 

Wśród nowych pacjentów, którzy do pana trafiają, jaki przedział wiekowy dominuje?

- Między 25. a 40. rokiem życia. Dokonujemy wtedy pewnej weryfikacji naszych marzeń, oczekiwań jeśli chodzi o pracę, karierę, naukę, o życie rodzinne. Nie wszystko nam się udaje, coraz mniejszy mamy wpływ na naszą codzienność. Niebagatelną kwestią są nasze relacje w pracy, a wiadomo jakie mamy czasy. Nie jest łatwo dobrą pracę znaleźć i ją utrzymać. To nie takie proste powiedzieć, że jak ci się nie podoba, to sobie ją zmień. Powinno tak to działać, ale tak nie jest. Jedynie co mogę, to zaproponować leki, które człowieka wzmocnią, pomogą przełamać lęk, ale sama sytuacja życiowa się od tego nie zmieni. Od leków świat nie stanie się nagle różowy, mąż przestanie bić, a zarobki wzrosną dwukrotnie. Tak nie będzie.

 

Na podstawie pana wiedzy, ile osób korzysta z pomocy psychiatrów w Gryfinie?

- Trudno mi dokładnie stwierdzić. Myślę, że Gryfino i okolice to około 2,5 tys. osób.

 

10 procent społeczeństwa...

-  Może być. Rozpowszechnienie depresji w społeczeństwie w ogóle ocenia się właśnie na 10 procent. Sama depresja, a mamy przecież inne choroby: zaburzenia psychotyczne, upośledzenia umysłowe, uzależnienia... Nie wszyscy pacjenci trafiają do specjalistów.

 

Częściej trafiają do pana kobiety czy mężczyźni?

- Głównie kobiety. Dwie trzecie moich pacjentów to kobiety.

 

Dlaczego częściej po pomoc zgłaszają się kobiety?

- Z jednej strony ta płeć jest bardziej predysponowana do zachorowania na depresję czy zaburzenia nerwicowe. Z drugiej strony, może kobietom jest łatwiej przełamać się i pójść po pomoc.

 

Gender?

- (śmiech) nie… chyba nie aż tak.

 

Społeczne uwarunkowanie płci – facet ma być twardy, nie narzekać, brać się w garść…

- Mężczyźnie trudniej jest się wybrać do psychiatry, odbiera to bardziej w kategoriach osobistej porażki. Możliwość rozpoznania u mężczyzny zwłaszcza depresji czy nerwicy jest traktowane nie jako choroba, tylko porażka. Niesłusznie, bo udaje się dobrać terapię czy leki tak, że jesteśmy w stanie im pomóc. Osobną grupą są pacjentki – żony, partnerki mężczyzn, którzy są w różny sposób uzależnieni, stosują przemoc w domu i one sobie z tym nie radzą.

 

Czy wiara pomaga zapobiegać problemom tej natury?

- Wiara na pewno pomaga przezwyciężać ludziom różne kryzysy, które trafiają się nam na co dzień. Łatwiej nam sobie pewne rzeczy wytłumaczyć i szukać nadziei. Tak mi się wydaje…

 

Nie chcę ustawiać tego w kontrze: albo wiara, albo psychiatra…

- Wie pan… gdyby to było takie proste, to do psychiatry trafiałyby głównie osoby niewierzące, a tak nie jest. Nigdy nie pytam pacjentów o kwestię ich wyznania – są czy nie są wierzący. W wyjątkowych sytuacjach taka informacja może poszerzyć obraz o pacjencie, natomiast nie przeprowadzam takich ankiet. Skoro pan pyta, to uważam, że wiara jest potrzebna, ale nie ma to takiego prostego przełożenia, że jak się jest osobą wierzącą, to kryzys mnie nie dotknie. Zresztą… gdyby tak było, to na loteriach wygrywać powinny tylko tzw. dobre dusze (śmiech).

 

 

  • Pogoda dla bogaczy

 

Jak samemu dbać o zdrowie psychiczne?

- Tzw. zdrowy tryb życia, unikanie przewlekłego sięgania po używki. To są trucizny. Każdy człowiek to wie. Kultura fizyczna, higiena snu, ćwiczenie nie tylko ciała, ale też umysłu. Często proponuję starszym osobom, by stymulowały swój umysł choćby poprzez krzyżówki. Utrzymywanie kontaktów, wychodzenie do ludzi… izolacja ma bardzo negatywny wpływ na naszą kondycję psychiczną.

 

A pogoda?

- (śmiech) Śmieję się zawsze z tego, że gdybym miał przeprowadzić się na Sardynię, to byłbym tam bezrobotny. Jest to miejsce, gdzie jest najniższa w Europie zachorowalność na depresję. Weźmy pod uwagę, jak mocno nasłonecznione jest to miejsce. Przyzwyczaiłem się już do tego, że zawsze jesienią pacjenci czują się gorzej. Przychodzi październik, listopad i jestem pewien, że będę miał skargi od moich pacjentów, którzy do tej pory byli w całkiem niezłej kondycji.

 

Czyli słońce?

- Tak. Dzień jest krótszy, mało słońca. Jest deszczowo, zimno, wietrznie. Każdy wie, jak wygląda u nas jesień. Co roku o tej porze jest zaostrzenie zachorowań depresyjno-nerwicowych. Autentycznie! Skoro już rozmawiamy głównie o zaburzeniach depresyjnych czy nerwicowych, to one się w ogóle cechują nawrotowością. Statystyki są tu nieubłagane. Na przestrzeni 15 lat, dziewięciu na dziesięciu pacjentów leczących się z depresji trafia z powrotem do gabinetu lekarza. Z tej grupy aż 30 procent w ciągu pół roku od zakończenia leczenia. Taka jest natura tych zaburzeń. Dużo zależy od higieny życia, od uwarunkowań, jakie wynieśliśmy z domu. Czy była to normalna, kochająca się rodzina itd. Jaką postawę ktoś wyniósł z domu. Jak jest uodporniony na czynniki stresujące, które ma dookoła.

 

Pieniądze?

- To ma znaczenie. Szczęścia nie dają, ale szczęściu pomagają.

 

Zamożnych osób trafia do pana mniej?

- Widzi pan, jak trafia do mnie taka osoba, to wtedy mogę powiedzieć, że to jest taka prawdziwa depresja. Wszystko się układa, jest dobra praca, piękny dom, dzieci, a człowiek nie potrafi się tym cieszyć. Nic go nie interesuje. Każdy inny by powiedział: Boże! Człowieku, o co ci chodzi?! Bez znaczenia, czy w garażu stoi Mercedes, czy Ferrari. Taki człowiek nie ma nawet ochoty wsiąść do takiego samochodu. Wszystko jest jak można by sobie wymarzyć, a człowiek czuje się źle. To jest taka prawdziwa depresja.

 

Z kolei brak pieniędzy może prowadzić do problemów na innych płaszczyznach.

- Co by nie mówić, finanse warunkują nasze poczucie bezpieczeństwa. Jeżeli nim zachwiejemy, to uruchamiają się w nas mechanizmy lękowe. Zaczynamy tracić grunt pod nogami. Lęk, który jest uczuciem potrzebnym, bo działa mobilizująco, staje się czymś negatywnym, zaczyna nas paraliżować. Staje się hamulcem, nie pozwala działać kreatywnie na co dzień. Zaczynamy na wszystko patrzeć przez pryzmat lęku.

 

 

  • Leczenie od kuchni

 

Leki są drogie?

- Od leków bezpłatnych, aż do takich, które kosztują nawet 200 zł. Przeciętny koszt terapii, którą osobiście faworyzuję ze względu na skuteczność, to koszt rzędu 30-60 zł na miesiąc. Są też jednak w arsenale leki bezpłatne. Leki można zatem dobrać także pod kątem osób, które mają problemy finansowe.

 

Ile trwa terapia?

-  To zależy, co się dzieje. Czy to pierwszy raz… Jeżeli chodzi o depresję, to zazwyczaj leczenie powinno trwać minimum 6 miesięcy. Tu nie ma nic na sztywno. Zobaczymy, co się będzie po upływie tego czasu z pacjentem działo, jaka będzie pora roku. Nie odstawiłbym pacjentowi leków, kiedy zaczyna się jesień. Jeżeli pacjent trafia do nas ponownie, to leczenie będzie już wtedy dłuższe. Mówimy tu o lekach, w uzupełnieniu o psychoterapię indywidualną, psychoterapię grupową.

 

Mamy w Gryfinie psychoterapię grupową?

- W Gryfinie nie mamy jeszcze takich możliwości lokalowych, a to bardzo dobra metoda. Z tego co wiem, doktor Kostrzewa (Joanna Kostrzewa, lekarz rodzinny i kierownik NZOZ Chrobry – red.), która jest pasjonatką psychiatrii, planuje wprowadzenie tego rozwiązania także u nas. Taka terapia zakłada codzienny kontakt z terapeutą, a także z innymi pacjentami o podobnych problemach.

 

Jak na amerykańskich filmach...

-  Jak najbardziej. Takie grupy profiluje się pod kątem choroby, na którą cierpią pacjenci. Jest to o tyle fajna sprawa, że dla pacjenta jest to możliwość wyjścia z domu, kontaktu z drugim człowiekiem. Element socjalizacji jest w terapii bardzo ważny. Zapobiegamy sytuacji, w której pacjent izoluje się ze swoimi problemami i lekami w domu. Nie mówiąc już o samych zajęciach terapeutycznych, które mają poprawić jego kondycję psychiczną.

 

Utrwalił się obraz terapii grupowej z filmu Milosa Formana „Lot nad kukułczym gniazdem”, z niezapomnianą siostrą Ratched…

- (śmiech) Nooo… ale to już się zmieniło! Nie wyobrażam sobie, żeby istniał oddział, który mógłby tak funkcjonować w dzisiejszych czasach. Takie historie, jak te przedstawione w filmie, rzeczywiście się zdarzały, nie są wymyślone. Ale nie… nie w czasach obecnych.

 

Czy upowszechnienie świadomości o problemach psychicznych ma związek z cywilizacyjnym postępem?

- Niech pan zobaczy, jaka jest, wraz z nastaniem internetu, dostępność informacji na temat zaburzeń psychicznych. Każdy może sobie usiąść, wklikać w popularnej wyszukiwarce objawy, które u siebie widzi i poskładać to w jedną całość. Nie raz przychodzili do mnie pacjenci z gotowym rozpoznaniem.

 

Trafnym?

-  Nierzadko tak. Mało tego! Bardzo często mają już rozeznanie w tym, które leki by u siebie widzieli i też zdarza się, że jest to całkiem dobry pomysł. Lekarz nie może być nastawiony w kontrze do pacjenta na zasadzie - co on tam wie. Czasami pacjent może wiedzieć więcej niż lekarz. Z niektórymi pacjentami mogę rozmawiać na akademickim poziomie i to bardzo zaawansowanym. Potrafią rozmawiać o rodzajach receptorów, na które oddziałują leki i swobodnie żonglować nazewnictwem. Naprawdę. Kiedyś tego nie było. To sprawił postęp, dostępność informacji. Można poszperać, poszukać, dowiedzieć się we własnym zakresie.

 

 

  • Przypadek

 

Jak trafił Pan do Gryfina?

- (śmiech) Trochę przez przypadek. W latach 2005-2006 miałem okazję dwa razy w tygodniu przyjeżdżać do Gryfina na zaproszenie doktor Kostrzewy, która szukała kogoś z psychiatrii. Wtedy nie miałem jeszcze specjalizacji psychiatry, ale pracowałem już w Centrum Psychiatrycznym w Szczecinie przy ul. Żołnierskiej. Po jakimś czasie z pracy w naszej poradni odeszła poprzednia doktor - Renata Świderska, a ja będąc akurat po zdanym egzaminie specjalizacyjnym z psychiatrii, chętnie przyjąłem propozycję. Pracuję tu od jesieni 2012 r. Minęły już 4 lata. Pracuję tutaj cztery dni w tygodniu, a swobodnie mógłbym być i piąty. Pracy nie zabraknie.

 

Psychiatrzy chodzą na emeryturę czy pracują dopóki starcza im sił?

- Chyba to drugie.

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu