eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Lubię patrzeć jak się coś buduje

Bronisław Mela funkcję prezesa wiodącej gryfińskiej firmy budującej mieszkania piastował przez 18 lat! Z końcem roku de facto przestanie ją pełnić. Niebawem udaje się na urlop, po którym formalnie dołączy do zacnego grona emerytów. Z Bronisławem Melą spotkaliśmy się w jego domu, aby porozmawiać o kulisach pracy i szczególnych momentach, które zapadały mu w pamięć, a także planach na przyszłość

 „Chcę podziękować za tyle lat pracy, za to, że udało się nam dla Gryfina coś zrobić. Moim pracownikom przede wszystkim. Wszystkim, z którymi miałem przyjemność współpracować – z urzędem miasta, z radą i burmistrzami – w trakcie wielu kadencji. Dziękuję za wszystko. Mojej firmie życzę, żeby dalej działała i rozwijała się. Wszystkim mieszkańcom Gryfina życzę, żeby byli zadowoleni z TBS” – tymi słowami za naszym pośrednictwem z fotelem prezesa GTBS żegna się Bronisław Mela.

 

Na emeryturę odchodzi pan spełniony?

B. Mela: Myślę, że tak.

Jak się pan czuje?

- Mam mieszane uczucia… Na pewno jestem już trochę zmęczony. Chciałbym już odpoczywać i cieszyć się z życia emeryta. Móc podróżować, zwiedzać, odwiedzać rodzinę w innych miastach.

Ma pan już jakieś plany?

- Pierwszy raz w życiu złożyliśmy z żoną wniosek o przyjęcie do sanatorium. Mamy nadzieję, że trafimy nad morze, bardzo lubimy spędzać tam czas. Zwłaszcza zimą.

Jakieś grubsze sprawy, na które wiecznie nie było czasu z racji aktywności zawodowej? Niektórzy emeryturę wiążą np. z budową jachtu.

- Aż tak to nie (śmiech). Więcej czasu poświęcę II wojnie światowej i uzbrojeniu, jakiego wtedy używano. Poza tym, że mam już na ten temat małą biblioteczkę, to zamierzam odwiedzić jakieś muzea, nie tylko w Polsce. Syn podrzucił mi pomysł, bym zaczął robić modele z tego okresu np. broni, czołgów, statków itp. Myślę, że stanie się to moim hobby. Prócz tego będę odwiedzał rodzinę. Mam czwórkę dzieci. Jeden syn jest w Anglii, drugi w Niemczech, trzeci w Gryfinie, ale jest marynarzem i w związku z tym często go tu nie ma. Córka jest na miejscu, mieszka w Szczecinie.

Nie ma pan żalu do swoich dzieci, że mieszkają na „obcej” ziemi?

- Absolutnie. Jako młody człowiek bardzo chciałem dużo zwiedzać i jeździć po świecie.

Jak długo zasiadał pan w fotelu prezesa?

- Przez 18 lat, czyli od momentu powstania Gryfińskiego Towarzystwa Budownictwa Społecznego, które powstało z przekształcenia Zakładu Gospodarki Mieszkaniowej, w której wcześniej byłem dyrektorem. W połowie lat 90. weszła w życie ustawa dotycząca wspierania niektórych form budownictwa mieszkaniowego. To wtedy gminy zaczęły zakładać TBS-y.

Czy pana następca został jest wyłoniony?

- W tej chwili zastępcą jest wiceprezes. Ostateczna decyzja jest sprawą rady nadzorczej, w której skład wchodzi pięć osób powoływanych przez burmistrza. Nasza spółka jest jednoosobową spółką gminy, która posiada w niej 100% udziałów.

Czym pan się zajmował zanim został prezesem GTBS?

- Skończyłem studia na Politechnice Szczecińskiej na wydziale inżynieryjno-ekonomicznym transportu. Posiadam tytuł magister inżynier ekonomista transportu. Początkowo pracowałem w zapleczu techniczno- transportowym budownictwa. Związek z budownictwem miałem więc od pierwszych lat pracy. Do moich obowiązków należało m.in. zabezpieczanie transportu żurawi, dźwigów itp. Przed przyjściem tutaj pracowałem w kilku firmach.

Kto był burmistrzem, kiedy wystartowało nasze TBS?

- Wojciech Długoborski. Pracowałem także z panem Urbańskim, Piłatem i obecnie panem Sawarynem.

Dobrze o panu świadczy, skoro żaden z burmistrzów nie odmówił panu fotela prezesa. Czy wyróżniłby pan któregoś z nich?

- Jeżeli chodzi o współpracę z władzami ,to nigdy nie miałem żadnych większych starć czy problemów na tym polu. Założycielem był burmistrz Długoborski. Z Henrykiem Piłatem pracowałem najdłużej.  To wtedy GTBS rozwinął się najbardziej, powstało najwięcej mieszkań. Tak się akurat złożyło. W każdym razie nastawienie wszystkich burmistrzów zarówno do GTBS, jak i do mojej osoby było pozytywne.

Pozwolę sobie przeskoczyć do innego wątku. Pan pochodzi z…?

- Jestem w Wielkopolski, tam się urodziłem. Ojciec był inżynierem rolnictwa. Po wojnie namawiano fachowców, aby przyjechali na zachód krzewić kulturę rolną. Ojciec został tutaj dyrektorem PGR. Miałem 9 lat, gdy przeprowadziliśmy się w okolice Stepnicy nad Zalewem Szczecińskim. Żyłem tam do pełnoletności. Później trochę mieszkałem w Szczecinie, u mojej żony w akademiku (śmiech).

Jak znalazł się pan w Gryfinie?

- Powiem coś, co może zabrzmi dziwnie – myśmy z żoną mieszkanie dostali za wcześnie (śmiech). W każdym z miast firma miała swoją bazę sprzętowo-transportową i one partycypowały w budowie mieszkań. Na ogół jedno lub dwa przeznaczone były dla pracowników. Kiedyś poprosił mnie do siebie dyrektor i powiedział, że nie mam szans na mieszkanie w Szczecinie, lecz jest jedno w Gryfinie i mogę je dostać. W 1976 r. po raz pierwszy przyjechałem do Gryfina na ul. Łużycką, by zobaczyć jak powstaje budynek, w którym będzie moje mieszkanie. Pamiętam, że jak tutaj przyjechałem, to w elektrowni uruchamiali właśnie ostatni blok. Nie spieszyliśmy się z przeprowadzką, bo w akademiku było nam wygodnie, a do pracy i tak dojeżdżałem jeszcze do Szczecina. Do dyrektora doszły słuchy, że mieszkanie stoi puste. Stwierdził, że jak ktoś się nie przeprowadza, to znaczy, że nie potrzebuje lokum. To nas zmobilizowało i wkrótce potem byliśmy już w Gryfinie. Tu w 1977 r. podjąłem pracę.

Myśli pan, że w tamtych czasach młodym ludziom, którzy zakładali rodziny łatwiej było zdobyć mieszkanie? Obecnie mamy deweloperów, rynek wtórny, ofert niby nie brakuje, ale najczęściej wiąże się to z 30-letnim kredytem.

- Jeżeli ktoś pracował w tym czasie w jakimś przedsiębiorstwie związanym z budownictwem, to naprawdę miał dużo, dużo większe szansę na otrzymanie mieszkania. Byli tacy, którzy na mieszkania czekali latami. Były też hotele pracownicze, na ogół każda większa firma zabezpieczała swoich pracowników. Akurat moja ścieżka do mieszkania była bardzo krótka.

Jakie to było miasto? Jakie były pana wrażenia po przyjeździe tutaj?

- Było dużo więcej błota, dużo starych budynków. Działał jeszcze bar Odra. Nie było już gruzów, ale wszędzie stały jeszcze stare domy.

 

Cały wywiad z Bronisławem Melą w obecnym numerze Gazety Gryfińskiej.

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu