eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

O tym jak Kora przyleciała do Gryfina samolotem Kulczyka

Autor: dost.

Krzysztof Kozak to osoba od lat związana z Gryfińskim Domem Kultury, kojarzona z organizacją Dni Gryfina, ale w międzyczasie także cyklu koncertów Ewolucja, podczas których wystąpił w Gryfinie m.in. zespół Green Day. Pracował również w szczecińskich klubach Trans i Słowianin oraz rozgłośniach radiowych AS, ABC. Przez wiele lat był menagerem zespołu Kolaboranci, który dzięki kontraktowi z wytwórnią Izabelin wydał kilka płyt, o których dzisiaj można powiedzieć, że są kultowe na przestrzeni historii polskiej muzyki rockowej

Kto był pomysłodawcą Dni Gryfina pod taką nazwą i kiedy odbyły się po raz pierwszy?

G. Kozak: W Gryfinie po 1989 r. nie obchodzono już typowego święta pierwszomajowego, słynącego z pochodów. Przerodziło się ono w majówkowe imprezy kulturalne i sportowe, które były organizowane przez gminę, Zespół Elektrowni Dolna Odra, organizacje sportowe i instytucje kulturalne. ZEDO od początku lat 90. był organizatorem, współorganizatorem i sponsorem Dni Energetyka. To święto z początku było najważniejszą imprezą w roku dla mieszkańców Gryfina. Gmina i jej jednostki organizacyjne współdziałały więc przy organizacji Dnia Energetyka. Jednak po 1994 r. władze elektrowni zaczęły kłaść nacisk na organizację swego branżowego święta bardziej „wewnętrznie”, już tylko dla swoich pracowników. Dlatego, gdy ZEDO zaczął się wycofywać z organizacji masowej imprezy we wrześniu, powstał pomysł, aby epizodyczne imprezy majówkowe, czyli 1, 2 i 3 maja połączyć w imprezę charakterystyczną dla Gryfina, coś na kształt „imienin miasta”.

Z obawy przed  wycofaniem się ZEDO z organizacji dużej imprezy, jaką był Dzień Energetyka, zaproponowałem, aby poszukać sponsorów imprez kulturalnych na miarę naszych ambicji – także poza ZEDO, a nawet poza Gminą. Przyjęcie takiego rozwiązania wiązało się z przejęciem na Gryfiński Dom Kultury i Gminę odpowiedzialności za imprezę. Wówczas zastanawialiśmy się nad formułą i nazwą wydarzenia. Ewa De La Torre (ówczesna dyrektor Gryfińskiego Domu Kultury) chciała, żeby to  były: „Imieniny Gryfina”, a ja zaproponowałem nazwę „Dni Gryfina”. 

 

Co było największym wyzwaniem?

- Początkowo partnerzy mieli dystans do nowego święta, bo uważano, że to impreza własna GDK. Niechętnie odnoszono się do tego również z tego względu, gdyż by mogła się bezpiecznie odbyć, wymagała pracy i zaangażowania straży miejskiej, policji, straży pożarnej, pogotowia, wolontariuszy, OWiR-u i innych. Trzeba było zsynchronizować pracę tych wszystkich jednostek. Gdy inni mieli świętować, oni wszyscy musieli pracować w dni wolne od pracy. Jednak po pewnym czasie wszystkie służby zaczęły traktować tę imprezę jak swoją własną, za co należy im być bardzo wdzięcznym. Bo to ogromne logistycznie wydarzenie, przygotowywane przez kilka miesięcy. Minęło w tym roku ćwierć wieku od organizacji pierwszych Dni Gryfina, mielibyśmy teraz dwudziestopięciolecie…

 

Czy wiadomo, w którym roku było najwięcej odwiedzających?​

- Oczywiście. To był 2004 rok, czyli 750-lecie miasta. Koncerty odbywały się po raz pierwszy i jak na razie ostatni, na boisku treningowym miejskiego stadionu. Jako organizatorzy posiadamy różne dane co do ilości widzów podczas koncertu zespołu Ich Troje, który miał miejsce 2 maja. Policja, agencja ochrony czy pogotowie ratownicze stwierdziły, że odwiedziło nas wtedy od 20 do 40 tys. osób.

 

Czy może pan opisać najtrudniejszą sytuację związaną z imprezą, np. ktoś nie dojechał i powstała luka, którą szybko trzeba było wypełnić?​

 - Takich sytuacji było oczywiście wiele. Niektóre z pewnością zostaną tajemnicą jeszcze przez wiele lat, rynek muzyczny rządzi się swoimi prawami. Ale występ Kory w 2012 r. naprawdę przyniósł wiele wrażeń. Koncert ten zaplanowany został jako promocja Maćka Czaczyka po wygraniu jednego z tv show. Były przygotowywane wspólne utwory Kory i Czaczyka. Rano 2 maja ok. godz. 5.00, jako organizatorzy otrzymujemy info, iż Kora źle się czuje, jest przeziębiona i zamiast do Gryfina udała się na Mazury, aby odpocząć. Więc nasza impreza stanęła pod znakiem zapytania. Ratunek był jeden - Kora przyleci samolotem… W ciągu godziny udało się nam wynająć samolot z firmy pana Kulczyka, który pokrył wszelkie koszty, uzyskać zgody na przelot i dzięki temu Kora wieczorem pojawiła się w Gryfinie. W ten sposób, niemal cudem, udało się uratować imprezę.

 

Cała rozmowa w aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu