eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

"Po igrzyskach w Atlancie zostałem z niczym"

Ruszają Igrzyska Olimpijskie w Tokio. Z tej okazji zachęcamy do przeczytania wywiadu z Dariuszem Koszykowskim, dwukrotnym olimpijczykiem z Gryfina. "Koszyk" był jednym z najlepszych polskich kajakarzy, medalistą mistrzostw świata i pięciokrotnym mistrzem kraju. To jednak opowieść nie tylko o rywalizacji i sukcesie, ale także o drugim obliczu sportu i problemach, gdy „sportowa fikcja” zmienia się w „normalne życie”

Jak oceniasz swoje olimpijskie starty?

Dariusz Koszykowski: W 1992 roku w Barcelonie startowałem z Mariuszem Walkowiakiem w C-2 na 1000 metrów. Przeszliśmy eliminacje, później odpadliśmy w półfinale. Nie mieliśmy większych szans na olimpijski finał, ale też nikt od nas tego nie wymagał. Ja miałem dwadzieścia, a Mariusz dwadzieścia dwa lata.

 

Nie było poczucia zawodu?

- Nie liczyliśmy na dużo więcej, ale pozostał niedosyt. W odróżnieniu od Atlanty, gdzie czuliśmy rozgoryczenie.

 

W 1996 roku startowałeś już z nowym partnerem.

- Moje drogi z Walkowiakiem rozeszły się w 1993 roku. W 1994 roku zacząłem pływać z Tomkiem Goliszem, swoim kolegą z Wiskordu Szczecin. Razem osiągnęliśmy największy sukces w karierze, brązowy medal mistrzostw świata w Meksyku.

 

Zadecydowała zmiana partnera?

- Trenera. W 1994 roku stery reprezentacji kajakowej objął Iwan Klemientiew i zrobił z nas zawodników. To legenda światowego kajakarstwa, pięciokrotny mistrz świata, zdobywca trzech medali olimpijskich, w tym złota w Seulu, a do tego znakomity trener, co nie zawsze jest regułą w przypadku byłych zawodników. Z kajakarzy, którzy na zawodach ocierali się o miejsca 7-8, w krótkim czasie zrobił z nas medalistów mistrzostw świata. Mało brakowało a z Meksyku wrócilibyśmy zresztą ze srebrem. Przede wszystkim jednak rozbudził nasze nadzieje w kontekście igrzysk w Atlancie, które miały odbyć się dwa lata później.

 

Uprzedzając fakty, w USA poszło nie lepiej niż w Hiszpanii.

- Bo po zakończeniu sezonu 1994  Klemientiew zrezygnował z prowadzenia naszej reprezentacji. Władze związku nie spełniły tego, co wcześniej mu obiecały. Doszło do zmiany trenera, przez którą omal nie straciliśmy z Tomkiem Goliszem olimpijskiego występu.

 

Sezon 1995 był dużo słabszy?

- Najgorszy w mojej karierze. Jechaliśmy na mistrzostwa świata w 1995 roku jako brązowi medaliści sprzed roku i faworyci do złota. Tymczasem nie zdołaliśmy nawet wejść do finału A. Nasz występ był katastrofą. Najgorsze, że nikt nie wyciągnął z niego wniosków. Trener nie tylko został, ale nie dokonał żadnych zmian w cyklu przygotowawczym. Trenowaliśmy tak samo jak rok wcześniej i efekty były podobne. Sęk w tym, że 1996 rok był rokiem olimpijskim. O ile do Barcelony jechałem po naukę, w Atlancie liczyłem na więcej.

 

Na medal?

- Miałem do tego prawo. Skoro razem z Tomkiem zdobyliśmy brązowe medale mistrzostw świata, to znaczy, że należeliśmy do światowej czołówki i mieliśmy predyspozycje, by powalczyć na igrzyskach. Tak jak jednak mówiłem, bez odpowiedniego trenera nie ma szansy na sukces.

 

Więcej w Gazecie Gryfińskiej.