eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Strażnik pieczęci w Pogoni

Autor: pogonszczecin.pl

Rafał Chlasta to zagorzały kibic Pogoni Szczecin z Gryfina. Poświęcił tej pasji znaczną część swojego życia. Co ważne, nie tylko konsumował, ale również wiele dawał jej od siebie. To między innymi jego zaangażowanie sprawiło, że po przygodach z kolejnymi właścicielami klubu, Pogoń zawsze się podnosiła, dzięki czemu przetrwała i dziś jest topową drużyną w Polsce. Gryfinianin wciąż jest prezesem Pogoni Nowej, stowarzyszenia założonego w 2002 r., którego członkowie są swoistymi strażnikami pieczęci, czyli osobami strzegącymi przed wyprowadzeniem klubu z miasta lub choćby zmiany nazwy. W międzyczasie jednak sami musieli ulec Antoniemu Ptakowi. Między innymi o tym rozmawiamy z Rafałem Chlastą

Jesteś rodowitym gryfinianinem?
R. Chlasta: Miałem trzy lata, gdy osiedliłem się z rodzicami w Gryfinie.

Sport od początku był obecny w twoim życiu?
- Już w młodych latach byłem zawodnikiem Energetyka Gryfino, a na mecz Pogoni pierwszy raz zabrał mnie mój brat.

Starszy?
- Tak. W sumie pojechałem przez przypadek. Miałem wtedy 12 lat, więc byłem jeszcze za młody na samodzielne wyprawy do Szczecina. Mój brat natomiast regularnie jeździł z kolegami na mecze do Szczecina, ale pewnego razu dostał od rodziców szlaban. Ubłagałem ich, aby puścili Tomka, był jednak warunek, musiał mnie zabrać na mecz. I tak się zaczęło…

 

Jako kibic

Nie mów, że od razu wylądowałeś na młynie?
- Były to początki ruchu kibicowskiego i coś w rodzaju młyna było wówczas na wysokiej trybunie i właśnie tam siedzieliśmy. Długo myślałem, że tym pierwszym meczem był ten z Widzewem Łódź rozegrany 1 czerwca 1983 r. przy wypełnionym po brzegi stadionie. To był rekord frekwencji w historii Pogoni, 35 tys. ludzi, którzy siedzieli nawet na bieżni. Przegraliśmy 1:0, a w Widzewie grali m.in. Młynarczyk i Smolarek. Ale podczas ostatnich rozmów okazało się, że tym pierwszym był mecz zgodowy z Legią Warszawa w marcu 1983 r. Wtedy po raz pierwszy i chyba ostatni raz w Szczecinie wisiała na środku wysokiej trybuny, czyli wśród flag Pogoni, legijna kultowa flaga „Żyleta jest zawsze z Wami”.

Jak wyglądała cała otoczka meczów piłkarskich w latach 80.?
- Często trzeba było być kilka godzin przed meczem, aby zająć dobre miejsca na stadionie. Klimat był, jak to dzisiaj byśmy określili, piknikowy. Było sporo wycieczek z zakładów pracy. Ludzie wyczekując na mecz grali w karty, opalali się na ławkach.

Co jeszcze utkwiło ci w pamięci z tamtych lat?
- Wygrana 7:2 z ówczesnym liderem, GKS-em Katowice. Chyba jako pierwsza drużyna w Polsce przylecieli na mecz ligowy samolotem, bo nie chcieli się męczyć długą podróżą. Tak wysoki wynik był sensacją, bo Pogoń była wtedy ligowym średniakiem.

A na stadionach było spokojnie, czy były już animozje pomiędzy klubami i nie zawsze kulturalne hasła skandowane z trybun?
- Zawsze był podział na „my” i „oni”. Było raczej spokojnie, chociaż awantury bywały na trybunach i na samych boiskach. Wspomnę pamiętny mecz z Lechem Poznań, gdy po bramce Pogoni w ostatniej minucie część kibiców w euforii wpadła na murawę, a poznaniacy odpowiedzieli wyrywanymi ławkami, którymi rzucali na murawę.

Mówisz o meczu z Lechem z lat 90. To z kolei mój pierwszy mecz, na który pojechałem samodzielnie z kolegą. Notabene też jako 12-latek. Kibice wpadli na murawę po bramce Andrzeja Rycaka, który przebiegł z piłką pół boiska.
- Kibicowskie życie wyglądało wówczas inaczej niż obecnie.

Esencją zagorzałych kibiców są mecze wyjazdowe…
- Ta przygoda u mnie zaczęła się w wieku 15 lat. Treningi w Energetyku poszły wtedy w odstawkę. Zresztą w liceum było sporo nauki, trudno było wszystko pogodzić.

15 lat? Dosyć młodo. Rodzice cię puszczali?
- Nie zawsze mówiłem, że jadę na wyjazdowy mecz Pogoni (śmiech). W przypadku bliższych wyjazdów informowałem rodziców, że jadę np. nad jezioro i wrócę wieczorem.

To gdzie te prawdziwe „jeziora” były?
- W Gdańsku, w Poznaniu czy we Wrocławiu. Zaczynałem od tych bliższych wyjazdów, do 400 km.

Na przełomie lat 80. i 90. po ile osób jeździło na mecze wyjazdowe?
- Pogoń zawsze miała zgraną grupę, zawsze jechało kilkadziesiąt osób. Nie było wtedy telefonów komórkowych, internetu, nie było więc możliwości takiej komunikacji jak obecnie. Ale wszyscy wiedzieli, że o danej godzinie spotykamy się po pomnikiem Kolejarza przy dworcu PKP. Szczecin miał silną ekipę metalową i duża jej część była zarazem kibicami Pogoni. Dlatego naszym znakiem firmowym były czarne skóry, jeansowe katany i długie włosy.

Nie ty jedyny jeździłeś wtedy na mecze wyjazdowe Pogoni z Gryfina.
- Gdy zaczynałem, to z Gryfina jeździł jeszcze jeden chłopak. Wprowadzał mnie w pierwsze wyjazdy. Potem pojawiły się kolejne osoby. Za małolata kryłem się przed starszymi na meczach wyjazdowych, obowiązywała hierarchia. Młodzi musieli słuchać się starszych, a nie zawsze było miło, czyli folklor lat 80.

Ale w kolejnych latach Gryfino stało się mocne kibicowsko.
- Odkąd pamiętam zawsze dużo osób jeździło z Gryfina na mecze domowe Pogoni. Do dziś tak jest. Na wyjazdowe faktycznie grupa zaczęła się szybko powiększać w latach 90.

Powstał Fan Club Gryfino.
- Tak, a mnie urodziło się dziecko i zrobiłem sobie przerwę, przynajmniej jeśli chodzi o mecze wyjazdowe. Ale, gdy na świecie był już mój drugi syn, wybraliśmy się z Gryfina we czwórkę fiatem 126p na mecz wyjazdowy do Goeteborgu, gdzie Legia Warszawa, z którą mieliśmy wówczas zgodę, wywalczyła historyczny awans do Ligi Mistrzów w meczu z IFK. Zresztą zawsze miałem sentyment do Legii, nawet jak Pogoń nie miała z nią zgody, u mnie na ścianie wisiała flaga Legii. Mam tam wielu przyjaciół do dziś.

Byłeś inicjatorem założenia 100% Ekipy Gryfino, czyli fan clubu Pogoni z naszego miasta.
- Jak dzieci podrosły, to wróciłem na trybuny. Zacząłem jeździć na mecze wyjazdowe wspólnie z przyjaciółmi z Gryfina. W sezonie 2000/01 zdobyliśmy wicemistrzostwo, a na ostatni mecz sezonu do Olsztyna pojechało tylko pięciu kibiców Pogoni, wszyscy byli z Gryfina. Na miejscu oprócz kilku transparentów skierowanych do władz Szczecina, które nie chciały pomóc Pogoni, zrobiliśmy też jeden transparent o treści „100% Ekipa” z racji gryfińskiej frekwencji na tym meczu. Stąd wzięła się późniejsza nazwa fan clubu. Od tego czasu można mówić o powstaniu tej formacji i całej masy ludzi, która przez kolejne lata pod jej szyldem jeździła z Gryfina na mecze Pogoni.

Ekipa Gryfino w pewnym sensie była kontynuatorem gryfińskiego Fan Clubu, czy raczej odrębnym tworem?
- Fan Club nigdy swojej działalności nie zawiesił. Byliśmy jakby trochę obok, ale wspólnie działaliśmy, razem pokonując setki kilometrów za Pogonią.

 

Ekipa Gryfino we Wronkach. 4 sierpnia 2001 r., Pogoń Szczecin zremisowała wówczas z Amicą 1:1. W żółtej koszulce Rafał Chlasta

 

Jako działacz

Był wstęp kibicowski, teraz czas na spięcie klamrą najtrudniejszych lat dla Pogoni, a zarazem twojej wzmożonej aktywności przy ratowaniu klubu. Zacznijmy od Sabriego Bekdasa. Jak ocenisz jego roczną przygodę z Pogonią?
- Miał duże ambicje, duże plany. Jak na tamte czasy wyłożył sporo pieniędzy na stół.

I to nie przez okno w samochodzie. Ale już na serio. Ten rok zapamiętam jako rozbudzone do granic możliwości apetyty na wielki sukces. Pokazał, że w Szczecinie ludzie potrzebują triumfu. Stadion znowu zapełniał się już kilka godzin przed meczem.
- Wszyscy wtedy liczyli na historyczny tytuł mistrza Polski, ale Bekdas oczekiwał od władz Szczecina gruntów, na których chciał wybudować galerię handlową i z tego finansować działalność klubu. Spór o działkę przesądził o jego odejściu.

Miasto w takim zakresie powinno wspierać kluby sportowe znajdujące się w prywatnych rękach?
- Czy dobrym byłaby galeria handlowa w tym miejscu? Tego nie wiem. Natomiast przykład dzisiejszego Szczecina, który buduje dla Pogoni stadion i piękną bazę sportową dla młodzieży, pokazuje, że miasto może się zaangażować finansowo we wsparcie idei związanych z rozwojem klubów. Ale nie ma co żałować tego co było, potoczyło się to tak, a nie inaczej.

Po Bekdasie przyszedł Les Gondor. On również wytrzymał tylko rok. Za jego rządów Pogoń strasznie dołowała, chyliła się ku upadkowi. Wtedy do gry wchodzi Rafał Chlasta, powstała idea Pogoni Walczącej. Byłeś jednym z inicjatorów akcji – opowiedz o tym.
- Powstała idea pomocy zawodnikom, którzy nie otrzymywali pensji. Faktycznie byłem pomysłodawcą akcji Pogoń Walcząca, początkowy pomysł z wlepki, a potem transparentu, rozwinął się do produkcji i sprzedaży gadżetów. Zaangażowanych w nią było kilkanaście, może kilkadziesiąt osób, ty przecież również. Zysk ze sprzedaży przekazaliśmy drużynie do podziału. Zawodnicy podziękowali kibicom za to w Katowicach. Po meczu podbiegli pod nasz sektor i zdjęli koszulki meczowe. Pod nimi mieli nasze koszulki z hasłem Pogoń Walcząca.

O samej akcji dużo wtedy mówiło się w Polsce.
- Zainteresowały się nią media krajowe. Głośno było o nas po demonstracji na placu Colleoniego w Szczecinie, którą zorganizowaliśmy w obronie klubu, chcąc wymusić na władzach miasta dogadanie się z Gondorem, aby ratować Pogoń. Chociaż nie wszystko wtedy zakończyło się jak zaplanowaliśmy. Chcieliśmy znaleźć pomysł, aby wzbudzić zainteresowanie przyszłością klubu. Zresztą Pogoń Walcząca do dziś działa jako zarejestrowane stowarzyszenie.

Byłeś inicjatorem Pogoni Walczącej, ale również Pogoni Nowej…
- To był kolejny etap. Gondor miał problemy z finansowaniem klubu, wiedzieliśmy jako kibice, że po prostu nie stać go na to, żeby utrzymywać ekstraklasowy klub. Jako kibice założyliśmy stowarzyszenie Pogoń Szczecin Nowa, chcąc przejąć finansowanie pierwszego zespołu seniorów. Ale pod warunkiem, że Gondor nie będzie miał wpływu na wydatki.

Czyli przejąć klub?
- Nie tyle klub, co zespół seniorów. Chodziło o kwestie finansowania. Kibice, a właściwie firmy współpracujące z nami miały zapewnić płynność w klubie. Nie udało się. Pogoń zajęła ostatnie miejsce i spadła, a Gondor pożegnał się ze Szczecinie.

Pogoń Nowa, której byłeś prezesem miała być kontynuatorem.
- Widząc co się święci, już wcześniej zaczęliśmy działać. Pół roku zajęło nam przekonanie ZZPN i prezesów klubów czwartoligowych, aby Pogoń mogła zacząć kolejny sezon już od czwartej ligi, a nie od B-klasy. Tak jak przewidywaliśmy, Gondor po sezonie wycofał Pogoń z rozgrywek. Mieliśmy wszystko przygotowane, ale wówczas pojawił się w Szczecinie Antoni Ptak.

Kto wpadł na pomysł ściągnięcia Ptaka do Szczecina?
- Bogusław Baniak, ówczesny trener zespołu drugoligowego należącego do Ptaka, czyli Piotrkowii Piotrków Trybunalski. Stwierdził, że u nich jest niska frekwencja, a w Szczecinie nie ma klubu pierwszoligowego, są za to kibice spragnieni sukcesu i możliwości zrobienia biznesu, bo nie ma co ukrywać, że Ptak też przez pryzmat tego patrzył na Pogoń. Spotkali się z prezydentem Jurczykiem i po tym spotkaniu jako przedstawiciele Pogoni Nowej zostaliśmy przez prezydenta Szczecina zaproszeni do hotelu Park. Od jego prawniczki otrzymaliśmy informację, że mamy dwie godziny, żeby dogadać się z Ptakiem, bo prezydent miasta podpisał już umowę dzierżawy stadionu dla pana Ptaka. W dwie godziny prochu się nie wymyśli. Wyszliśmy z zabezpieczeniami dla klubu, które po czasie okazały się nieskuteczne.

Jakimi?
- Że bez zgody akcjonariuszy, bo mieliśmy mieć mały procent akcji, nie można zmienić nazwy ani siedziby klubu. Wtedy w spółce był nie tylko Ptak, ale byli również m.in. Dąbrowski z Radomska i Stasiak z Ceramiki Opoczno. Akcjonariat był rozbity, wydawało się, że jest potencjał, ale znowu na linii miasto-klub nie doszło do porozumienia.

Ale cofnijmy się jeszcze chwilę. Po tych dwóch godzinach dogadaliście się, osiągając kompromis...
- Zostaliśmy postawieni pod ścianą. Według naszej oceny nie mogły istnieć dwie Pogonie. Ta, która będzie grała w pierwszej lidze z nowym sponsorem i nadziejami oraz druga pod szyldem Pogoni Nowej w czwartej lidze. To byłby absurd. Więc naszą czwartą ligę aportem wnieśliśmy do struktur spółki Ptaka z zastrzeżeniem, że gdyby się wycofał ze Szczecina, to ta czwarta liga ma wrócić z powrotem do Pogoni Nowej. A tymczasem Pogoń Nowa zajęła się szkoleniem, nawiązując współpracę z Włodzimierzem Obstem i wystawiając pod swoim szyldem zespołu juniorskie, bo Ptak tym nie był zainteresowany.

Część kibiców nie uznawała klubu Antoniego Ptaka, sugerując, że chociaż występował pod szyldem Pogoni, mając prawa do używania m.in. herbu po tym jak porozumiał się z MKS Pogoń, to w rzeczywistości była to dalej Piotrkowia, bo klub zajął jej miejsce w pierwszej lidze. Jak ty odnosiłeś się do tych zarzutów?
- Nie tylko ja, ale również moi koledzy, wybraliśmy mniejsze zło, bo przy zaangażowaniu miasta i zapisach, które zostały zawarte, wydawało się, że interes Pogoni był zabezpieczony. Pamiętam, że już podczas mojego pierwszego spotkania z Ptakiem na statku Ładoga, zapytałem go wprost, po co chce tu przyjść i czy pamięta, co zrobił z ŁKS-em, bo po zdobyciu mistrzostwa z łódzkim klubem przeniósł go właśnie do Piotrkowa. Wtedy Antoni Ptak strasznie się na mnie oburzył. Ale powtórzę. Nie mieliśmy innego wyjścia, bo miasto już wcześniej wydało komunikat, że Pogoń Szczecin będzie grała w pierwszej lidze. Trudno byłoby przekonać do tego ludzi, żeby dalej ciągnąć czwartą ligę, mając za konkurenta Ptaka i pierwszoligową Pogoń.

A z perspektywy czasu jak oceniasz przygodę Ptaka w Szczecinie?
- To był błąd. Być może trzeba było jednak doznać takiej porażki i lekcji, aby wyciągnąć z niej wnioski na przyszłość.

Ptak odszedł w 2007 r. I wtedy Pogoń Nowa po raz drugi mocno wkroczyła do akcji.
- Zanim odszedł występowaliśmy w B-klasie, a nasz budżet wynosił kilkaset tysięcy złotych. To był ewenement, a każdy mecz to było wielkie piłkarskie święto w Szczecinie. Przygotowywaliśmy się do odbudowy klubu. Natomiast po zakończeniu sezonu, w którym grała brazylijska ekipa Ptaka i jego porzuceniu Pogoni, zgodnie z zapisami umowy, zażądaliśmy zwrotu drużyny rezerw, która grała w czwartej lidze. Już wcześniej przyłączyli się do nas znani byli Portowcy, jak Grzesiek Matlak czy Darek Adamczuk, który zresztą został wówczas wybrany prezesem Pogoni Nowej. Po jego rezygnacji ponownie powierzono tę funkcję mnie.

I wówczas nagle pojawili się kolejny potencjalny wybawiciele Pogoni…
- Mieliśmy ustawionych już sponsorów, budżet, wszystko było dopięte przed startem czwartej ligi. Nagle okazało się, że Grzegorz Smolny i Artur Kałużny zgłosili się do Ptaka, od którego chcieli odkupić Pogoń w drugiej lidze, bo ona tam spadła z zaciągiem brazylijskich graczy. Ale nie dogadali się. Poszło o względy formalne, podobno, Ptak nie chciał podpisać oświadczenia, że klub Pogoni nie jest umoczony w aferę korupcyjną. Gdy nie doszli do porozumienia z Ptakiem, zwrócili się do Pogoni Nowej. Po długich i burzliwych rozmowach, w które zaangażowały się również władze miasta, udało nam się wynegocjować 50% udziałów w spółce akcyjnej. Natomiast były zapisy, według których po każdym awansie pozbywamy się naszych udziałów na ich rzecz, zostawiając sobie na koniec ok. 10%.

Ale po roku na horyzoncie pojawił się kolejny wybawiciel, Zbigniew Drzymała, były właściciel Groclinu Grodzisk Wlkp.
- Kałużny i Smolny chcieli wejść z nim w spółkę, sprzedając część udziałów i tak naprawdę przekazać Pogoń, bo on gwarantował miejsce po Groclinie w pierwszej lidze. Historia podobna do Ptaka. Ale tym razem byliśmy nieustępliwi. Do twojego baru w Gryfinie, TKM-u, przyjechał Smolny z Kałużnym, aby przekonywać mnie do tego pomysłu, bo w Pogoni Nowej na mnie scedowano decyzję.

Nie żałowaliście, że jako Pogoń Nowa daliście im kredyt zaufania, a oni już po roku chcieli zrobić na Pogoni biznes?
- Chcieli pójść na skróty, na szczęście mieliśmy zapisane w spółce, że awans Pogoń może wywalczyć wyłącznie na boisku, a nie przy zielonym stoliku. Bez zgody wszystkich udziałowców nie można tego było zrobić. Moja decyzja była odmowna. Ale potem próbowali się jeszcze dogadać za naszymi plecami. Nie było miło.

Pamiętam jakieś listy publikowane w szczecińskiej prasie i wywierające nacisk na członków Pogoni Nowej.
- Jeden z tabloidów wysmarował tekst, jakim prawem jeden kibic z Gryfina, ma decydować o przyszłości piłkarskiej i kibicowskiej Szczecina. Były też komunikaty z klubu, gdzie wymieniano członków Stowarzyszenia z imienia i nazwiska zarzucając blokowanie rozwoju Pogoni. Było to nieprzyjemne, ale postawiliśmy na swoim. Czas pokazał, kto miał rację.

Sytuacja się unormowała, a Pogoń na boisku pokonywała kolejne szczeble.
- Aż wylądowaliśmy w lidze pierwszej, czyli wówczas drugiej. Wtedy firma EPA, która wspierała klub na zasadzie sponsorskiej, zaczęła angażować się kapitałowo, stopniowo przejmując udziały w spółce.

Wyjaśnijmy czytelnikom, EPA czyli Jarosław Mroczek, obecny prezes i główny udziałowiec SSA Pogoń.
- Dokładając kapitał, przejmował akcje. Pogoń Szczecin Nowa ma obecnie poniżej 1% udziałów w Pogoń Szczecin SA. Nigdy nie mieliśmy jednak ambicji, aby mieć większy pakiet udziałów, bo to nie ma dla nas znaczenia. Mając liczne doświadczenia z poprzednich lat, w momencie zakładania spółki zastrzegliśmy, że bez zgody 100% kapitału nie można zmienić nazwy, przenieść spółki i nie można skorzystać z zapisu spółek prawa handlowego, które mówi, że udziałowiec mający 75% kapitału może przymusowo wykupić pozostałe akcje. Innymi słowy zabezpieczyliśmy przyszłość Pogoni i tylko to było naszym celem.

Działacze Pogoni Nowej byli więc swoistymi strażnikami klubu.
- Coś takiego funkcjonuje również w Lechii Gdańsk, która wcześniej przeszła drogę podobną do naszej i oni się nazywają strażnikami pieczęci. Jesteśmy gwarantem tego, że Pogoń będzie tutaj trwać, chociaż teoretycznie może ona upaść, ale na pewno bez naszej zgody nie można jej przenieść do innego miasta lub zmienić nazwę.

Dziewięć lat poza ekstraklasą. Nie każdy klub by się podniósł, tym bardziej po serii takich ciosów od ludzi, którzy mieli być wybawicielami.
- Ale w Szczecinie i w regionie jest wiele osób, które są bardzo emocjonalnie związane z Pogonią, i którzy sporo serca oraz własnego czasu poświęcili, aby do upadku nie doszło. Dziś pozostają nieco w cieniu, a wiele można im zawdzięczać.

27 października 2001 r. - Grodzisk Wielkopolski. Gryfinianin przed rozpoczęciem dopingu w sektorze kibiców przyjezdnych

 

Jako pracownik Pogoni

W porównaniu do tych trudnych czasów, wydaje się, że wreszcie osiągnięto stabilizację?
- W tej chwili Pogoń jest chyba najlepiej zarządzanym klubem, odkąd sięgam pamięcią.

Można odebrać taką ocenę jako subiektywną, wszakże od kilku miesięcy jesteś zatrudniony w Pogoni.
- Faktycznie w listopadzie ubiegłego roku w Pogoni powstał dział do współpracy z kibicami i stowarzyszeniami kibicowskimi. Zostałem zaproszony do współpracy i od stycznia jestem również pracownikiem tego działu.

Jako pracownik tego działu, odpowiadasz za współpracę ze stowarzyszeniami kibiców, czyli również z Pogonią Nową, której jesteś dalej prezesem…
- Tak się składa (śmiech). Ale współpracujemy również ze stowarzyszeniem kibiców Pogoni Szczecin „Portowcy” oraz stowarzyszeniem Pogoni Walczącej, a także z niezrzeszonymi kibicami. Faktycznie, moja opinia może wydawać się subiektywna, ale patrząc z boku trudno nie dostrzec dobrego zarządzania klubem. Można również zapoznać się z dostępnymi na stronie Pogoni sprawozdaniami finansowymi, z których wynika, że klub wykazuje zysk, co prawda niewielki, ale są przy tym sukcesywnie spłacane pożyczki udzielone Pogoni przez akcjonariuszy. Tak stabilnych podstaw finansowych i organizacyjnych w tym klubie jeszcze nie było.

Praca w Pogoni to spełnienie twoich marzeń? Czy może traktujesz to tylko jako formalność i kolejne miejsce pracy, bo w sumie przy klubie byłeś blisko od kilkunastu lat?
- Od dobrych kilkunastu lat jestem bardzo blisko klubu, ale bardziej walcząc w jego obronie, niż współpracując z nim. Natomiast obecną pracę faktycznie postrzegam jako spełnienie marzeń. Odkąd założyliśmy Pogoń Nową, zakładałem, że kiedyś będę w tym klubie pracował. Udało to się zrealizować. Poza tym w zakresie obowiązków mam udział w meczach Pogoni, czy zgrupowaniach. Żyć, nie umierać… (śmiech)

Więc gdy przyjeżdżasz każdego dnia do klubu, domyślam się, że satysfakcja jest spora. Dla kibica Pogoni to praca-marzenie. Tym bardziej, gdy za oknem buduje się nowy stadion.
- Ze względu na epidemię nie jeżdżę codziennie co pracy, ewentualnie spotykamy się co jakiś czas, a tak to organizowane są wideokonferencje, czyli praca zdalna. Natomiast rzeczywiście, budujący się stadion sprawia, że atmosfera jest wyjątkowa. Wszyscy wyczekują chwili, gdy jego pierwsza część zostanie oddana do użytku. W przyszłym sezonie będziemy mieli oddaną połowę. Na trybunach będzie mogło zasiąść ok. 13 tysięcy widzów.

A potem 25 tysięcy. Wypełni się?
- I właśnie tu będzie też rola działu do spraw współpracy z kibicami, aby wypełniał się on najpierw w połowie, a potem w całości. Zapowiada się więc sporo pracy. Już nie mogę się doczekać tego, gdy wszystko wróci do normalności.

Współpracujesz ze stowarzyszeniem kibiców Portowcy, którego prezesem również jest gryfinianin, nasz wspólny kolega. Sporo osób z naszego miasta jest w Pogoni.
- (śmiech) Gryfino od zawsze miało wyrobioną markę w sferach kibicowskich. Cieszę się, że akurat Maciek Kasprzyk jest prezesem stowarzyszenia kibiców Pogoni Szczecin. Trudno również pominąć taką osobę jak Pinio, jest również Robercik, a przecież nie sposób nie wspomnieć o działaniach, Pucka, naszego dawnego rzecznika prasowego w Pogoni grającej w B klasie. W czubie kibicowskiej braci zawsze były osoby z Gryfina.

 

Jako walczący ze stereotypami

Zagorzali kibice raczej nie są pozytywnie postrzegani w naszym kraju. To faktycznie wina mediów?
- Nic nie jest czarno-białe. Media faktycznie utrwalają pewien stereotyp, szukając tego co się dobrze sprzedaje, czyli sensacji. W tej chwili kibice organizują liczne akcje pomocowe dla szczecińskich szpitali, ale media nie są zainteresowane, aby o tym pisać. To się nie sprzeda tak dobrze, jak wiadomość o bójce w lesie.

Wiadomo, że stadion to przekrój całego społeczeństwa. Trudno, aby wśród kilkunastu tysięcy ludzi wszyscy zachowywali się poprawnie.
- Jak na trybunach jest 10, 20 czy 30 tysięcy, zawsze w tej grupie musi znaleźć się jakiś bandyta, policjant, złodziej czy ksiądz. Na to nikt nie ma wpływu. Ale trzeba jasno powiedzieć - obecnie na stadionach jest znacznie bezpieczniej niż w latach 80. czy 90. Media jednak dalej kreują negatywny obraz kibiców. Jeżeli przeciętny Kowalski jedyną wiedzę na ten temat czerpie z telewizji, to jego opinia o kibicach musi być negatywna. Zawsze mnie to irytowało.

Kibice w Polsce zaczęli walczyć z tym stereotypem, zakładając stowarzyszenia i rozpoczynając wiele akcji społecznych, głównie charytatywnych. Uważasz, że cel został osiągnięty?
- Obraz może nieznacznie się zmienia, ale o licznych akcjach charytatywnych zorganizowanych przez kibiców wiedzą nieliczni, bo jak już mówiłem, media nie interesują się takimi tematami, a przekaz trafia tylko do osób, które to środowisko znają. Natomiast stowarzyszenia pełnią również inne funkcje. Przede wszystkim integrują kibiców. Dzięki nim kibice coraz częściej stają się stroną do rozmów z władzami klubów. Organizują również życie kibicowskie, jak choćby wyjazdy na mecze. Dzisiaj wyglądają one już zupełnie inaczej niż te z ubiegłego wieku. Stowarzyszenie często wynajmuje pociąg specjalny, który transportuje kibiców do wybranego miasta, praktycznie na stadion, kibic nie musi się już martwić żadną organizacją.

Podobno władze Pogoni rozmawiał wstępnie z władzami Gryfina, aby wspólnymi siłami zorganizować specjalny pociąg, który woziłby kibiców z naszego miasta na mecze Pogoni i zabierał w drodze powrotnej do Gryfina.
- Jest taki pomysł, aby było bezpośrednie połączenie pod kątem transportu gryfińskich kibiców na mecze. Pociąg wyjeżdżałby z Gryfina i bezpośrednio jechał na stację Szczecin Pogodno, czyli praktycznie pod sam stadion, skąd po meczu zabierałby kibiców do Gryfina. Jest nawet idea, aby kibice poruszali się nim bezpłatnie. To samo dotyczy innych miast w regionie. Myślę, że byłaby to fajna inicjatywa, która umożliwiłaby zapełnienie nowego stadionu, bo łatwość dojazdu na pewno mogłaby przyciągnąć dodatkowych kibiców. No i proekologiczna, że o oszczędności czasu nie wspomnę. Ale to przyszłość.

 

Jako marzyciel

Masz dwóch synów. W sumie już nie takich młodych, ścieżką ojca raczej nie poszli. Nie chciałeś, aby tak jak ty byli zagorzałymi kibicami Pogoni?
- Marcin jest kibicem i sędzią piłkarskim. Maciek z kolei fascynuje się koszykówką, jest świetnym graczem w amatorskich drużynach w MLB Szczecin i w GALKO. Więc są blisko sportu. Ale co do twojego pytania, to raczej odradzałbym im, aby zaangażowali się w sferze kibicowskiej tak jak ja. Za dużo trzeba poświęcić, aby dojść do tego punktu, w którym jestem obecnie. To ciężki kawałek chleba.

A ty czujesz wewnętrzną satysfakcję po tych wszystkich latach?
- Jeszcze nie czas na podsumowania, bo jeszcze nie zakończyłem działalności (śmiech). Ale w jakimś sensie jestem dumny z tego, że wraz z grupą kolegów mogłem stanąć w obronie klubu, który przypuszczalnie już by nie istniał, gdyby nie my.

Czym dla ciebie jest Pogoń?
- Wszystkim. (śmiech)

Gdy zapytasz kibica Pogoni o marzenia związane z jego klubem, odpowiedzi są oczywiste, zawsze dwie, te same.
- Nowy stadion i mistrzostwo Polski.

Pierwsze właśnie się realizuje. Pozostaje mistrz Polski. Oczami wyobraźni widzisz, jak będziesz świętował, jeżeli to się kiedyś ziści?
- Kiedyś założyłem się z kolegą, że jak Pogoń zostanie mistrzem, to ogolę się na łyso i wykąpię w fontannie przed urzędem miasta w Szczecinie.

• Rozm.: Kamil Miler

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu