eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Z archiwum GG: Mówią na niego Gaweł

Z okazji świąt, do "poczytania", publikujemy jeden z archiwalnych tekstów. - Trudno, żebym żałował, bo mówimy o rzeczach sprzed czterdziestu lat, ale teraz człowiek, by inaczej podchodził do piłki, inaczej by myślał. Miałem 26 lat i skończyłem swoją karierę, nieco zbyt wcześnie – mówił w lutym Ryszard Wierzbowski, znany i ceniony piłkarz o co najmniej dwóch imionach, jeden z nielicznych, jeśli nie jedyny gryfinianin, który miał możliwość gry w drużynie u Andrzeja Strejlaua

 

Wierzbowski: Tylko niech nie pisze pan o mnie zbyt dużo.

 

Tego nie mogę obiecać. Zbyt długo czekałem na tę rozmowę. Umówił się pan ze mną na wywiad już pięć lat temu, ale później zadzwonił i odwołał spotkanie. 

- Mam nadzieję, że nie ma pan mi tego za złe. Po prostu nie lubię mówić o sobie. Czym tu się chwalić?

 

Będzie bez pochwał, obiecuję.

- Czytam waszą gazetę. Pamiętam rozmowę jaką przeprowadził pan z moim bratem i wiele innych artykułów o historii piłki nożnej. Podoba mi się, że nie robi pan z byłych zawodników nie wiadomo kogo i dlatego się zgodziłem. Zresztą rozmawialiśmy już nie raz o Polonii i Energetyku.

 

Jest jedna rzecz, o którą nigdy pana nie spytałem. Zostawiłem to na specjalną okazję. Skąd wzięła się ksywa „Gaweł”?

- Jeszcze z czasów dzieciństwa. Ktoś powiedział na mnie „Gaweł” na podwórku i przyjęło się. Nawet do dzisiaj wołają tak do mnie w domu. A wnuki „Gawcio”.

 

Siłą rzeczy, pana kebab to dla gryfinian „U Gawła”.

- Gaweł stał się moim drugim, a nawet pierwszym imieniem.

Kiedyś pan Edward Hasselbauer, który pracował z moim tatą i chodził na mecze, podszedł i powiedział: „Wiesz co? Pokłóciłem się z ostatnio żoną!”. „Dlaczego się pokłóciłeś?”. „Bo powiedziała, że masz na imię Ryszard, a jaki ty Ryszard jesteś? Przecież ty jesteś Gaweł!”.

 

Podobno zadebiutował pan w ustawionym meczu. Polonia grała w Chojnie i miała „odpuścić. Transakcja nie doszła jednak do skutku, bo pan, niewtajemniczony w całą sprawę małolat, zdobył gola.

- Tego już nie pamiętam, ale jest szansa, że tak było. Problem w tym, że nie kojarzę dokładnie swojego debiutu. Wiem, że po raz pierwszy w seniorach zagrałem bardzo szybko, bo w wieku 15 lat. To był 1968 rok.

 

Z racji młodego wieku ominął pana kultowy dla całego pokolenia mecz Polonii z reprezentacją Polski.

- Nie grałem w tym spotkaniu, bo miałem dopiero trzynaście lat, ale byłem na trybunach. Na murawę wyszedł za to mój starszy o trzy lata brat, Zdzisław. To było wielkie wydarzenie, sporo ludzi przyszło.

 

Nie zagrał pan przeciwko kadrze Polski w 1966 roku, ale za to wystąpił w drużynie narodowej.

- To była kadra juniorów. Powołanie dostałem w 1970 roku. Z okazji otwarcia boiska na Górniku Wałbrzych, graliśmy sparing z Czechosłowakami, a później z reprezentacją Dolnego Śląska. Poza mną powołani byli m.in. Janusz Sybis, Roman Ogaza, Konieczny, bramkarz z Polonii Bytom i kilku graczy z Arki Gdynia. Trenerem był Andrzej Strejlau i to u niego zagrałem w tych dwóch meczach.

 

Jak zapamiętał pan Strejlaua?

-Trenerzy przyjechali z Warszawy, przywieźli walizki ze sprzętem. Nie było większego zgrupowania, rozmów z zawodnikami.

 

Jak pan w ogóle trafił do kadry?

- Byłem dobrym piłkarzem (śmiech).

 

Chodzi o drogę do notesu trenera. Strejlau raczej nie zaglądał do każdego miasteczka w kraju.

- Przez dwa sezony grałem w reprezentacji województwa i występowałem w słynnym wtedy Pucharze imienia Michałowicza. Trenerem kadry Szczecina był Jerzy Kopa, który później prowadził Lecha Poznań, Pogoń Szczecin, Legię Warszawa. Naszą drużynę stanowili przede wszystkim piłkarze Arkonii i Pogoni, np. Leszek Wolski, Andrzej Woronko. Spoza Szczecina było tylko dwóch: ja z Polonii i chłopak z Barlinka.

 

Miał pan siedemnaście lat, ale mocną zaprawę. W tym czasie Polonia posiadała już silną drużynę, która od trzech sezonów grała w klasie okręgowej.

- Wtedy wyżej była tylko pierwsza, druga i trzecia liga.

Z zespole grał jeszcze Lechosław Paruszewski, Waldek Korsak, Zbyszek Krynicki, Zbyszek Kawka, Zbyszek Biernacki, Alek Chrzanowski, mój brat, Antek Halec. Wołaliśmy na niego „Toni”, pochodził z Połczyna Zdrój. Ktoś przytoczył u was w gazecie nazwisko Wołek, a to chodziło o Ryszarda Kwiecińskiego, na którego mówiliśmy „Wołek”, bo chodził tak, że wszyscy odskakiwali na boki (śmiech).

 

Kolejny „pseudonim”, który funkcjonuje w pamięci ówczesnych piłkarzy to „Beny”.

- Tak, obrońca z Unii Racibórz. On albo był medalistą Mistrzostw Polski Juniorów Starszych, albo grał w juniorskiej reprezentacji Polski. Nikt nie pamięta jego nazwiska. Przyjechał do Gryfina do Wojsk Ochrony Pogranicza.

 

Jakiś czas temu skontaktowałem się z autorem monografii Unii Racibórz i razem staraliśmy się go zidentyfikować. Nie udało się.

- Szkoda, może kiedyś się uda, bo to był naprawdę dobry piłkarz.

 

Niejedyny spoza Gryfina. Razem z trenerem Januszem Przybylskim, około 1965 roku przyszło też kilku chłopaków ze Szczecina. M.in. wspomniany Paruszewski.

- Inni to Andrzej Goszczyński, Kucaba, ojciec tego, który grał później w 3.lidze. Do tego Wiącek, taki niski, skoczny blondynek.

 

Nie rodziło to niesnasek? Przychodzili „obcy”, zabierali „swoim” miejsce w składzie…

- Skąd! Cieszyliśmy się. Skoro przychodzili do nas piłkarze ze Szczecina, z Pogoni, to znaczyło, że Polonia staje się silną marką, a Gryfino cenionym ośrodkiem.

 

Wpływ na takie postrzeganie Gryfina miał fakt, że w latach 60. doszło tu do remontu stadionu.

- Mówiono, że najlepsza murawa była na Arkonii, a później w Gryfinie. Za to na Pogoni zawsze kretowisko. Dlatego to u nas, w ramach przygotowań do meczu z Luksemburgiem, w 1966 roku zagrała kadra Polski.

 

Jak się wtedy wchodziło do seniorskiego zespołu?

- Nie było łatwo. Koledzy z zespołu, jak „Parówa” Krynicki i Biernacki byli o dziesięć lat starsi. Ganiali mnie trochę (śmiech).

 

A na dodatek, grał pan tuż przed nosem Paruszewskiego.

- Był opiekuńczy, pomagał, ale trzeba było biegać, starać się i mieć umiejętności. Z drugiej strony, jako nastolatek grałem „ostatniego” stopera, a to przecież o czymś świadczy.

 

O tym, że był pan na tyle dobry, żeby zrobić wywiad nie na jedną, ale dwie strony.

- Miało być bez pochwał.

 

Starszy brat pomagał panu w adaptacji w drużynie?

- Trochę tak. Czasami razem graliśmy na stoperze.

 

Który z was był lepszy?

- Nie wiem (śmiech).

 

Pana subiektywnym zdaniem.

- Poszedłem z bratem na testy do Arkonii i Florian Geisler, który był z nami, pytał trenera: „Którego chcesz?”. „Młodszego” „Tego młodego?” – Geisler był zaskoczony. Ja też, bo miałem 16. lat a Arkonia awansowała wtedy do drugiej ligi.

 

Do transferu jednak nie doszło.

- Wie pan jakie to były czasy. Trzeba było dojeżdżać, a to już dostarczało problemy. Nie było połączeń co pół godziny do Szczecina, jak teraz.

 

Gdzie nauczył się pan na tyle dobrze grać w piłkę, gdy grać u Strejlaua i rozkochać w sobie trenera Kopę z Arkonii?

- W klubie i na podwórku. W tamtym czasie wszyscy chcieli uprawiać jakiś sport. Najbardziej popularna była piłka nożna. W Polonii trenerem młodzieży był Józef Guga. Bardzo fajny facet. Na jego treningi przychodziło dużo piłkarzy, zawsze około trzydziestu, więc miał z czego wybierać.  Trochę się z niego śmiali, bo był malutki, ale robił swoje i wychował wielu zawodników. Bardzo fajny, przyjemny facet. W latach 90. był kierownikiem obiektu na Stadionie Miejskim.

 

Guga pomagał szlifować talent na treningu, a na podwórku robił to Krzysztof Rześny?

- Mieszkał na ulicy Piastów, dwa domy ode mnie, ale był sporo starszy, chyba o siedem lat. Jego mama była celniczką, a wtedy na Piastów znajdował się Urząd Celny. Nie grywaliśmy często razem na podwórku, bo już jako licealista, czyli szybko, pojechał do Szczecina. Występował w Chrobrym a później w Pogoni.

 

A jeszcze później wrócił na wschód, gdzie przez lata reprezentował barwy Motoru Lublin i Stali Mielec. TEJ Stali Mielec z Janem Domarskim, Grzegorzem Lato, Andrzejem Szarmachem i Henrykiem Kasperczakiem. Rześny zresztą też trafił do reprezentacji. Grał u Gmocha i Górskiego, który w 1973 roku, wystawił go w składzie przeciwko Anglii w eliminacjach do MŚ w Chorzowie.

- Pamiętam to. Później spotkałem Krzyśka w Kowarach, gdzie odbywałem służbę wojskową i grałem trochę w A-klasie. Gdy przyjechałem w 1972 roku załatwiać sprawy w klubie, to Kowary miały właśnie sparing ze Stalą Mielec. Szkoda, że ja nie zagrałem, bo na boisku było kilku późniejszych medalistów olimpijskich i świata.

 

Gdy wrócił pan do Gryfina w 1974 roku, nie było już Polonii, tylko Energetyk, a pan znalazł się w starszyźnie drużyny. Ganiał pan młodych?

- Trochę (śmiech). Ale później było już całkiem inaczej, niż wtedy, gdy ja debiutowałem.

 

Podobno, gdy młody zawodnik zawalił bramkę, musiał ją odrobić i to samo tyczyło się premii.

- (śmiech).

 

Koledzy mówili, że jak pan nie krzyczał to i tak się bali, bo oddychał pan w charakterystyczny sposób, ciężko dysząc.

- Jak lokomotywa. Było czuć z daleka, że „idę” (śmiech).

 

Każdego rozmówcę pytam o „kultowe mecze”, te spotkania, które zapamiętał najlepiej.

- Jeszcze za Polonii graliśmy w finale Zimowego Pucharu Kuriera z Sokołem Pyrzyce w 1971 roku. Przegraliśmy po rzutach karnych. Również w Pucharze Kuriera mierzyliśmy się z Czarnymi Szczecin. Przegrywając 0:2, wygraliśmy 3:2.

 

Czarni pojawiają się często we wspomnieniach dawnych piłkarzy. Zawsze w jednym kontekście.

- Bo to był taki nasz największy rywal. Tak, go przynajmniej traktowaliśmy. Z Czarnymi i Pionierem zawsze toczyliśmy mecze walki. Grali tam dawni piłkarze Pogoni, Arkonii. Chcieliśmy się pokazać. W jednym meczu z Czarnymi, razem z Paruszewskim dostaliśmy po czerwonej kartce. Z kolei w tym wspomnianym wcześniej, strzeliłem bramkę na wagę zwycięstwa.

 

Był pan bramkostrzelnym obrońcą.

- Nie tylko, ja, bo też Antek Halec, z którym na początku grałem na stoperze. Obaj specjalizowaliśmy się w rzutach wolnych. Antek, do szesnastego metra, a ja powyżej. Najładniejszą bramkę strzeliłem z Osadnikiem w Myśliborzu.

 

Z połowy boiska?

- To też pan słyszał? Pojechaliśmy na mecz w bardzo słabym składzie, na pożarcie. Przegrywaliśmy 0:1. Zaczęła się druga połowa, dwa razy dotknęliśmy piłkę i strzeliłem z lewej nogi, z linii środkowej, prosto w okienko. Zremisowaliśmy wtedy 1:1.

 

Śledząc historię klubu, wychodzi na to, że Polonia stanowiła dla wielu graczy odskocznie do klubów z wyższych lig.

- Nie odchodziło wielu, ale kilka razy się zdarzyło. Mieczysława Dzikowskiego ściągnęli do Pogoni Barlinek. To był bardzo dobry napastnik, świetny technicznie. Mieliśmy kiedyś mecz ze Stalą Stocznia i to co wyprawiał z Hubertem Fijałkowskim, dawnym stoperem Pogoni… Zawiązywał krawaty, takie mu siatki zakładał. „Pele” nie mógł sobie poradzić. Później Mietek wrócił do nas, gdy graliśmy jako Energetyk. Wtedy mieliśmy silną ekipę. To był sezon, gdy Błękitni Stargard wygrali w klasie okręgowej.

 

Z moich zapisków wynika, że to sezon 1976/77.

- Być może. I wtedy do Stargardu poszło od nas trzech piłkarzy: Gołębiowski, Tyrkała i Kubus, który grał też w Dębie Dębno. Z kolei Wojtek Szmit był chwilę w Pogoni Szczecin, ale nie mógł się odnaleźć i wrócił do nas. Andrzej Krawczyk opowiadał kiedyś o tym jak było w Pogoni: „Jak się nie postawiło, to się nie grało”. Mieliśmy wielu dobrych graczy ofensywnych. Zygmunt Michalak trafił do Gwardii Koszalin.

 

Po linii resortowej?

- Poszedł do wojska i został. Jest tam legendą klubu.

 

Był. Zmarł w 2015 roku.

- Naprawdę? Co pan mówi… Nie wiedziałem, jestem w szoku.

 

Krzysztof Rześny powiedział mi o tym, że jednym z najlepszych piłkarzy, z jakimi występował, a grał przecież w reprezentacji kraju, był Zbigniew Kawka. Sześćdziesiąt lat temu dostał propozycję z Pogoni, ale to był chłopak, który nie miał śmiałości, by wyjechać z Gryfina.

- Kawka był najlepszy i to wie każdy, kto z nim grał. Niektórzy po prostu czują się dobrze tylko we własnym otoczeniu. Zbyszek i tak później, jako wojskowy, trafił do Wiarusa Szczecin, który miał swój stadion przy Wojska Polskiego. 

 

Natomiast bohaterem jednego z najdziwniejszych transferów w historii gryfińskiego futbolu jest Ryszard Kłok.

- O, tak. To był bramkarz, który poszedł do 2-ligowego Piasta Gliwice. Stało się to po obozie w Świnoujściu, gdzie zagrał mecz życia w sparingu właśnie z Piastem. Przegraliśmy 0:1.

 

Mówię o tym transferze „najdziwniejszy”, bo Kłok był w Gryfinie rezerwowym. Bronił Władysław Kowalkowski.

- Znacznie częściej, niż na bramce Rysiek grał w polu! Do bramki wskakiwał, gdy Władek nie mógł. To pokazuje, że trzeba mieć też szczęście i trafić na dobry moment.

 

Pan z kolei, poza roczną służbą wojskową, całą karierę spędził w Gryfinie. Nie miał pan ochoty spróbować sił w wyższej lidze?

- Można było spróbować, miałem propozycje. Kontaktowała się Arkonia, Dąb Dębno, Pogoń Szczecin. Był też, albo nie…

 

No, kto jeszcze.

- Kopa, gdy został trenerem Lecha Poznań, odezwał się do mnie.

 

Był pan na testach w Lechu?

- Minęliśmy się. Przyjechałem do Poznania, w dniu, gdy zespół pojechał na obóz. Szkoda, bo w Lechu grały chłopaki z regionu: Włodzimierz Wojciechowski i Mirosław Justek z Pogoni Szczecin. Do składu wchodził też młody Mirosław Okoński sprowadzony z Gwardii Koszalin. Ja grałem dalej w Gryfinie i tu skończyłem karierę.

 

I to dość niespodziewanie. Marek Blumka, wspominając swój przyjazd do miasta w 1979 r., mówił, że „Gawła” już nie było.

- Wyjechałem do pracy do DDR, a później do Berlina Zachodniego. Miałem 26 lat, rodzinę i musiałem myśleć przyszłościowo. Było fajnie, gdy prezesem został Florian Geisler i załatwił nam wszystkim pracę w Dolnej Odrze. Przez dwa lata nie musieliśmy się o nic martwić. To było takie małe zawodowstwo. Po pracy wszyscy szliśmy na trening. Ale później się skończyło.

 

Nic dziwnego, że o Geislerze mówi się jako o człowieku-instytucji.

- Gdyby dziś prezesem klubu był ktoś taki jak Geisler… On już wtedy chciał robić podgrzewane boisko. To mu akurat nie wyszło, ale gdzie wchodził, to wszystko załatwiał. Był umocowany.

 

Był szefem tutejszej „bezpieki”.

- Tak. Kto przychodził do Energetyka dostawał od niego mieszkanie, pracę, załatwiał sprzęt, organizował obozy. W Pyrzycach, Jeżowcu, Choszcznie. W Świnoujściu był ośrodek Dolnej Odry, ale bez stołówki. Geisler poszedł i załatwił nam obiady w policyjnym konsumie.

 

Organizował też zagraniczne wyjazdy. Kojarzę fotografię Polonii z Rostocku.

- Jeździliśmy do DDR regularnie, do różnych miejscowości.

 

Był handelek?

- Spokojnie. Trzeba było mieć pieniądze, by coś kupić. Bardziej handlowali działacze.

 

My im piłki, oni nam buty?

- Dokładnie, zamieniali się sprzętem. My mieliśmy dobre piłki, lepsze niż Niemcy. Za to oni produkowali lepsze buty. Koszulki mieli też fajne, dresy.

 

Ze sportowych działaczy warto wymienić też Lucjana Tołłoczkę.

- Lucek to był bardziej taki kierownik. Duże uszy, podsłuchał i gdy coś się działo, to reagował.

 

Jadwiga Geisler mówiła mi, że  żona miała z nim utrapienie. Pan Lucek wynosił z domu rzeczy, by mieć pieniądze na Polonię.

- Cały Lucek. Dużo swoich pieniędzy wydał na piłkarzy.

 

Moje pokolenie kojarzy go już jednak wyłącznie jako starszego kibica z rowerkiem, który krzyczał na zawodników, używając przy tym często niewybrednych słów.

- On zawsze taki był (śmiech). Bardzo długo kierownikiem był Roman Kulawiec. Żyje, jest aktywny, mieszka na Okrężnej, warto z nim porozmawiać.

 

Grzechem byłoby pominąć trenerów.

- Debiutowałem u Henryka Osmolaka. Był z Gryfina, trenował zespół przez jakiś czas. Grałem też u Janusza Przybylskiego, Heńka Wiewiórskiego.

 

W 1971 roku prasa pisała o trenerze R. Ziemeckim.

- On się nazywał Zimnicki, Jeremi, albo Remi. To był taki starszy, śmieszny pan. Chyba przyszedł do nas z Arkonii, ale nie dam sobie uciąć ręki. Robił „samoloty” nad głową i mówił „olaboga”. No i był jeszcze Zygmunt Ryziewicz, wychowawca kilku pokoleń piłkarzy Pogoni. U niego mieliśmy najlepszy zespół, skład taki na ligę.

 

To końcówka lat 70?

- Chyba sezon 1977/78. Jechaliśmy do Stargardu na mecz z Błękitnymi, którzy byli przed nami. Była lekka mżawka. Sypnęliśmy ich chyba 6:2. Trener Zbigniew Ryziewicz chodził i mówił do kierownika Zielonki: „Panie Marku, co to, kto tu gra? To są Błękitni?” (śmiech). Wtedy grał u nas Wojtek Szmit, Zbysław Kubus, Ryszard Śliwiński, Tadek Filip, Heniu Wiewiórski. On był nieco starszy, rocznik 1949, występował ze mną w obronie. Wkładał głowę tam, gdzie pan nie włożyłby nogi. Był tak twardym zawodnikiem. Graliśmy jakiś mecz, nie pamiętam gdzie. Rywal wszedł mu groźnie nakładką. Heniek tylko ściągnął buta, wylał krew i biegał dalej. Był bardzo zahartowany. Teraz ma 70 lat, a dalej gra w tenisa. Mieliśmy wtedy mocną paczkę.

 

Ostatecznie nie awansowaliście jednak wyżej niż okręgówka.

- Po rundzie jesiennej byliśmy na pierwszym miejscu w tabeli. Laliśmy wszystkich, a później nas lali. Coś się popsuło w zespole i to był nasz ostatni sezon, bo odszedłem nie tylko ja, ale też kilku chłopaków.

 

Nie żałuje pan?

- Trudno, żebym żałował, bo mówimy o rzeczach sprzed czterdziestu lat, ale teraz człowiek, by inaczej podchodził do piłki, inaczej by myślał. Miałem 26 lat i skończyłem swoją karierę, może nieco zbyt wcześnie.

 

A teraz ja skończę rozmowę, też nieco przedwcześnie, bo moglibyśmy siedzieć jeszcze przez kilka godzin. Nie chcę jednak, by pomyślał pan, że  artykule pojawi się za dużo pochwał.  

- Faktycznie, lepiej już skończyć. I tak powiedziałem „za dużo” (śmiech).

 

 

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu