eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Z archiwum GG: O tym, jak „Wiskord” zalał gminę Gryfino afrykańskim haszyszem

- Dwadzieścia lat temu, ku uciesze sporej grupy obecnych 35- i 40-latków, nasza gmina niefortunnie stała się narkotykowym zagłębiem. Zadecydował o tym przypadek, związany z nieudolnością działań wielu ludzi, w tym pracowników policji, straży granicznej, a także „Wiskordu”, którzy wspólnie wypuścili na szczeciński rynek kilkaset kilogramów narkotyków - przypominamy artykuł, który w 2016 roku ukazał się na łamach Gazety Gryfińskiej

 
 
Przejeżdżając przez szczecińskie Żydowce, nie sposób nie zauważyć kompleksu budynków, niegdyś stanowiących serce Zakładów Chemicznych „Wiskord”. Od kilku lat obiekty popadają w coraz większą ruinę. Nic nie świadczy o tym, że przez całe dekady mieszcząca się w nich fabryka włókiem sztucznych „żywiła” kilka pokoleń szczecińskich rodzin, a wychodzące z niej taśmowo produkty znano w całej Polsce.
 
Któż nie słyszał bowiem o słynnych kaset magnetofonowych C60 i C90, tak charakterystycznych dla czasów Polski Ludowej? „Wiskord” nie był jednak wyłącznie przodującym zakładem produkcyjnym, ale też organizatorem wolnego czasu dla mieszkańców całego regionu.
 
Przy zakładzie funkcjonował posiadający kilka sekcji klub, z którego wyszedł m.in. srebrny medalista olimpijski w kajakarstwie, Daniel Jędraszko. W dziejach regionu zapisała się też drużyna piłki nożnej, znana pod nazwą „Wiskord” Żydowce. 
 
- Nasze mecze z nim były bardzo zacięte, bo większość piłkarzy oraz mieszkańców Radziszewa i Daleszewa pracowała właśnie w „Wiskordzie” — komentują byli piłkarze Odrzanki, potwierdzając, że aż do zamknięcia produkcji w 2000 roku, zakład dawał zatrudnienie mieszkańcom naszej gminy. W jej historię wpisał się jednak także z innego powodu.
 
W połowie lat dziewięćdziesiątych fabryka, nieświadomie przybrała dodatkową funkcję - największego dystrybutora narkotyków w regionie. 
 
- Dzięki Wiskordowi, dostęp do narkotyków stał się powszechny. Każdy mógł zdobyć ja na własny użytek, bez najmniejszego wysiłku. Było ich tyle, że zalały całe miasto i gminę, stając się utrapieniem dla policji — przyznaje Adam, który jako jeden ze świadków historii sprzed dokładnie dwudziestu lat postanowił podzielić się z nami swoimi wspomnieniami*.
 
Jak sukces stał się skandalem
 
Całe zamieszanie, trwające bez mała przez kilka miesięcy, zaczęło się od sukcesu szczecińskiej policji. Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, funkcjonariusze Straży Granicznej zatrzymali transport, zawierający od 11,5 do 13,5 tony afrykańskiego haszyszu (informacje na temat ilości są bardzo rozbieżne — przyp. red.), przemycanego z Maroka do krajów Europy.
 
Skonfiskowanie znacznej ilości narkotyku wywołało niemałe problemy, przede wszystkim w temacie utylizacji. Za najmniej inwazyjny sposób uznano spalenie problematycznego towaru w kotłach, znajdujących się na terenie „Wiskordu”. Cała akcja miała klauzulę tajności i prawdopodobnie jej szczegóły nie wyciekłyby nigdy do opinii publicznej, gdyby nie pewien incydent.
 
Ilość skonfiskowanego narkotyku kusiła amatorów używek. Mimo zabezpieczenia ze strony uzbrojonych funkcjonariuszy SG, odnotowano drobne kradzieże. Sprawę opisał redaktor Andrzej Zadworny z Gazety Wyborczej:
 
- Pracownicy z firmy chemicznej Wiskord ukradli ok. 5 kg haszyszu podczas niszczenia 13,5 tony tego narkotyku. Jeden ze sprawców sam się zadenuncjował dzwoniąc na policyjny telefon zaufania — czytamy w wydaniu z 3 kwietnia 1996 roku.
 
Wartość skradzionego przez nich towaru wynosiła ok. 37 ówczesnych tysięcy złotych. Był to jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej. Wspomniany artykuł "GW" informował, że haszysz palono na specjalnych rusztach z węglem. Czynionio to partiami, przy czym każdy cykl trwał godzinę. Czas nie był w tym przypadku bez znaczenia.
 
- Dwaj pracownicy zakładu, którzy wynieśli z niego pięć kilogramów narkotyków dobrze wiedzieli, co robią. Obserwowali przez specjalne okienko palący się haszysz i gdy ekipa zabezpieczająca całą akcję uznała, że towar uległ spaleniu, oni zaczęli wygrzebywać niedopalone bryły z paleniska. Po rozłupaniu ich, okazywało się, że w środku w dalszym ciągu znajduje się towar. I to w nienaruszony stanie, jedynie lekko nadpalony — informuje  Andrzej, wówczas pracownik Wiskordu.
 
- Zanim „Wiskord” dowiedział się, że w cyklu palenia jedynie zwęgla narkotyk, zdążył już sprzedać olbrzymie ilości bryłek, wymieszanych z żużlem,  lokalnym przedsiębiorcom. Ci wykorzystywali ten materiał m.in. do utwardzenia dróg, przez co haszysz znajdował się na wyciągnięcie ręki. Dosłownie — wyjaśnia nasz rozmówca, tym samym zdradzając kulisy jednego z największych skandali tego okresu.
 
Dziury w drodze
 
Chociaż sprawa wywoływała lawinę kontrowersji, do dziś zachowały się jedynie lakoniczne informacje dotyczące całego procederu. Natrafić na nie można przede wszystkim w społecznościowych mediach oraz na forach internetowych, traktujących o historii regionu.
 
- A kto pamięta, jak pod koniec lat 90., po przechwyceniu dużego ładunku haszyszu szczecińska policja postanowiła go spalić na terenie Wiskordu? Haszysz się nie wypalił, zbrylone pozostałości trafiły na wysypisko, po czym dzięki "zaradnym" obywatelom trafił do obrotu ulicznego, pod nazwą "Wiskord". Na wiele miesięcy wyparł z rynku marihuanę, było go tyle i był w tak niskiej cenie, że nie potrzebowano niczego więcej.” - na jednym z nich napisał użytkownik o nicku „Revö Nizé”.
 
Jego wpis wywołał dyskusję i lawinę wspomnień. O gorącym lecie 1996 r. wciąż pamiętają też mieszkańcy gminy Gryfino, w którą "Sprawa Wiskordu" uderzyła w bezpośredni sposób.
 
- Bryłek z narkotykiem było tak wiele, że można było natchnąć się niemal na każdym kroku, bez uprzednich szczegółowych poszukiwań, ani szeregu konspiracyjnych działań - już pierwsza z osób, do których się zwróciliśmy zdradziła sporą wiedzę w temacie. - Z pozoru bryłki wyglądały normalnie, ale gdy się je „rozłupało”, w środku znajdował się czysty haszysz, w pełni zdatny do użytku. A jak trafił do Gryfina? Za pośrednictwem miejscowych firm — informuje nasz rozmówca, dziś znana osoba w przestrzeni publicznej.
 
Na zakup żużlu ze specjalnym dodatkiem zdecydowały się m.in. działająca w Daleszewie „Odra Land”, a także Fabryka Sznurka w Wełtyniu.
 
- Pierwsza z nich chciała ten żużel wykorzystać do naprawy polnych dróg. Podobnie jak fabryka w Wełtyniu. Jej właściciel zrobił z niego drogę dojazdową, wyrównał ją ładnie, a potem przeżył szok. Po jakimś czasie, z dnia na dzień, zrobiły się w niej dziury. Dopiero po czasie dowiedział się, dlaczego — uśmiecha się ówczesny radny z okręgu wiejskiego.
 
W nietypowy sposób o historii haszyszu dowiedziano się też w pobliskim „Odra Landzie”. 
 
- Swego czasu zarządca zobaczył, że hałda usypana z żużlu rusza się. Nie wiedział początkowo, o co chodzi. Podszedł bliżej i okazało się, że jakaś grupa przesypuje go, wyraźnie czegoś szukając. Teraz dokładnie wiadomo czego — dodaje. 
 
„Narkomańskie” Wembley 
 
Afera związana z afrykańskim haszyszem dotknęła też lokalny klub. Działacze Odrzanki Radziszewo odczuli cały proceder na własnej skórze, gdy na skutek awansu do piłkarskiej 4.ligi, postanowili poprawić infrastrukturę sportową.
 
Prace miały w głównej mierze polegać na renowacji zaniedbanego boiska. Jak można przeczytać w wydaniu „Echa Gryfina” z sierpnia 1996 roku, roboty trwały przez niemal cały rok, w którego czasie „Odrzanka” rozgrywała swoje spotkania na „wypożyczonych stadionach”.
 
Dlatego też z wielką ulgą przyjęto wieść, że po wielu miesiącach prac „radziszewskie Wembley”, jak pisano o nim w lokalnej prasie, w końcu zostanie oddane do użytku zespołu. Jednocześnie działacze, z inicjatorem akcji i ówczesnym prezesem Zenonem Trzepaczem na czele, postanowili wykorzystać koniunkturę, powiększając klubową bazę o dodatkowe miejsce do zajęć.
 
- Społecznym sumptem wykonaliśmy boisko treningowe, likwidując przy okazji dzikie wysypisko śmieci — zdradza  Z. Trzepacz, mając na myśli teren znajdujący się nad płytą główną. Jak jednak przyznał trzy tygodnie później, pomysł z dodatkowym obiektem przysporzył klubowi więcej zmartwień, niż korzyści.
 
Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, w celu jego budowy zakupili bowiem żwir, powstały z feralnej utylizacji narkotyków. 
 
- Żużel, który pochodzi z Wiskordu przyciągnął rzesze… narkomanów — komentował na łamach prasy Zanon Trzepacz, dodając, że odkąd wyszło to na jaw, wieczorami na boisku zjawiają się grupy osób przekopujących płytę. 
 
- Z początku nie wiedzieliśmy, o co chodzi […]. Niedawno z policją przyłapaliśmy tam dwóch kopaczy, ale skończyło się to tylko na zarekwirowaniu łopat. „Wykopki” narkomanów naruszyły strukturę boiska i trzeba będzie je znowu wałować — powiedział w rozmowie z redaktorem Leopoldem Kemmlingiem z „Echa Gryfina”. 
 
Jak wspomina po dwudziestu latach, rolowanie płyty na niewiele się zdało, gdyż nie powstrzymało dewastacyjnego procederu.
 
- Nie nacieszyliśmy się długo boiskiem, bo nie byliśmy w stanie poradzić sobie z poszukiwaczami skarbów. Przyjeżdżali na ogromną skalę. Na przystanku w Daleszewie, z autobusu „jedynki”, która nazywała się wtedy chyba „104”, wysiadała brygada 10-15 młodych ludźmi z plecakami, grabkami i od razu zmierzała na żużlowe boisko. Często działo się to wieczorami, a nawet nocą, więc wtedy, gdy nikt nie pilnował obiektu — wyznaje. 
 
Powyższe wizyty zapamiętał też nasz redakcyjnykolega, który zamieszkał w Daleszewie we wrześniu 1996 roku, a więc w momencie, gdy proceder znajdował się w kulminacyjnym punkcie. 
 
- Pewnego dnia zobaczyłem na boisku dwie schylone osoby, które uparcie grzebały w żużlu. Nie widziałem początkowo, o co chodzi, ale wkrótce moja niewiedza skończyła się — komentuje Krystian, który po zasięgnięciu informacji od miejscowych z dłuższym stażem, dowiedział się, czym spowodowane są pielgrzymki na boisko.
 
- I to dosłownie pielgrzymki, gdyż z czasem dało się zauważyć spore grupy, które z łopatami i łomami szły pod górkę, w kierunku obiektu — dodaje.
 
Najgorszym aspektem działalności przyjezdnych grup była bezkarność. Ze względu na skalę ich działań i profil poszukiwaczy, zarząd klubu miał związane ręce. Tym bardziej, że interwencja mogła wiązać się z przejawami agresji. 
 
- Ludzie dzwonili do mnie, gdy widzieli, że ktoś buszuje po tym boisku. Podejmowałem rozmaite interwencje i kontaktowałem się z policą, ale gdy bandyci tylko widzieli radiowóz, uciekali do lasu. Czasami bywało groźnie. Jeden z mieszkańców wsi podszedł do kopiącej grupy i zaczął wyganiać ich z boiska. Jeden ze zbirów wyciągnął wtedy pistolet i powiedział: „Jeśli ci życie miłe to spier…”. Dlatego odwinął się na pięcie i uciekł — Trzepacz przytacza jeden z licznych przykładów. 
 
Jako że działania odstraszające nie przynosiły wymiernych efektów, działacze klubu zdecydowali się na drastyczne i ostateczne środki, likwidując nieszczęsne boisko. 
 
- Nie mieliśmy innego wyjścia. Wykorzystałem moment, gdy trwała modernizacja autostrady A6. Dogadałem się z kierownikiem budowy. Przywieźli piachu, gruzu i zakopaliśmy to warstwą około 80 centymetrów. Dopiero wówczas wszystko się uspokoiło — zdradza były prezes, a obecny radny gminy.
 
Minusem była oczywiście utrata treningowebo obiektu, a także pieniędzy wyłożonych na zakup żużlu.
 
- Wiskord, mówiąc nieładnie, wyłgał się z tego, mówiąc, że to nasz problem. Staraliśmy się o jakieś zadośćuczynienie, ale nie było takiej opcji — kończy.
 
Działki po kilkaset złotych 
 
Z haszyszu rozlanego po okolicy korzystały nie tylko zorganizowane grupy spoza miasta, ale też mieszkańcy naszej gminy. 
 
- Ludzie kopcili to na potęgę — wspomina Jakub. — Mówiono na to „sztof”. To synonim haszyszu ze Śląska — przytacza wydarzenia sprzed 20 lat.
 
Był to dla niego bardzo ważny czas w życiu, gdyż związany z wejściem w okres dorosłości. Końcówka nauki w Liceum Ogólnokształcącym i wybór kierunku studiów zbiega się w jego wspomnieniach właśnie z wysypem haszyszu. Pierwszy raz natknął się na niego w parku, gdzie znajduje się gryfiński „ogólniak”.
 
- Pojawił się nagle i na tak dużą skalę, że w krótkim czasie każdy miał z nim do czynienia lub chociaż trzymał go w ręce. Ludzie posiadali haszysz w dużych porcjach, takich bryłkach po 20 gramów. Teraz taka ilość kosztuje w granicach kilkuset złotych, a mówimy przecież o licealistach, czyli osobach będących na utrzymaniu rodziców — dopowiada.
 
Jak wspomina inny przedstawiciel jego pokolenia, ilość narkotyku wyparła na długi czas coraz popularniejszą wówczas marihuanę.
 
- Nie było sensu jej kupować. Nie dość, że każdy miał pełno tego haszyszu, to dodatkowo nie trzeba było za niego płacić. Nikt go zresztą nie sprzedawał, ludzie obdarowywali się nim, bo i tak nie byli w stanie tego spożytkować — zarysowuje sytuację Marcin.
 
Pierwszą bryłkę otrzymał od swojego bliskiego kolegi, który nie pochodził z zamożnej rodziny. 
 
- Czasami nie stać go było na piwo, a miał przy sobie taką wielką bryłę i oddał ją od tak, po koleżeńsku, za darmo — dopowiada.
 
Przywołując minione czasy, warto mieć na uwadze, że dwadzieścia lat temu miasto prezentowało się odmiennie pod względem demograficznym.
 
- Nie było emigracji, więc ludzie po liceach, studenci wciąż mieszkali w Gryfinie. Było znacznie więcej klubów i lokali, a w nich po 200 osób. W weekendy nie można było nawet wejść. I prawie każdy jechał na haszyszu — zarysowuje skalę cytowany już Jakub.
 
Na potwierdzenie swoich słów, przytacza anegdotę, związaną ze... sprzedawcami z kiosków „Ruchu”.
 
- Nagle okazało się, że w żadnym punkcie nie można kupić takich szklanych lufek. Wcześniej głównie korzystali z nich dziadkowie, którzy wtykali sobie papierosy i dopiero palili. Potem narzekali, że nigdzie ich nie ma i najgorsze, że nie wiadomo, z jakiego powodu - uśmiecha się Jakub. 
 
Ogromna ilość „sztofu” sprawiła, że natknęli się na niego nie tylko licealiści, ale też uczniowie 8-klasowych Szkół Podstawowych.
 
- Nie używałem tego, bo w 1996 roku miałem trzynaście lat, ale sam fakt, że wiedziałem, co to i miałem bryłkę w dłoni daje do myślenia — podkreśla Kamil, wspominając wycieczkę klasową do Krakowa, gdy koledzy wymieniali się tymi bryłkami i handlowali nimi. 
 
W tym miejscu warto wrócić na jedno ze wspomnianych wcześniej forów internetowych.
 
- Haszysz ma gliniastą konsystencję. Sam byłem świadkiem sytuacju, gdy dzieci w wieku, tak na oko, wczesnoszkolnym lepiły sobie z nich naszyjniki, bransolety i inne figurki. Jak z plasteliny — napisał Krzysztof ze Szczecina, potwierdzając, że dwadzieścia lat temu haszysz wpisywał się w bardzo szerokie pojęcie "rozrywki".
 
 
Specyfika czasów oraz miejsca
 
 
Sława gryfińskiego haszyszu sprawiła, że w mieście zjawiły się rzesze przyjezdnych, nie tylko ze Szczecina. W okolicy pojawiły się też ekipy spoza województwa szczecińskiego.
 
- Kiedyś zatrzymał mnie samochód na nieznanych mi rejestracjach. Skoda z kilofami i łopatami na bagażniku. W środku było czterech kolesi, którzy spytali mnie, gdzie mają jechać — wspomina Jakub. 
 
Chociaż, jak wspominają wszyscy nasi rozmówcy, narkotykowy bum trwał około dwóch lat, w żadnym momencie nie trzeba było martwić się o uzyskanie narkotyku. Ani o przyłapanie na gorącym uczynku. 
 
- Pamiętam, że w pewnym okresie nasi lokalni menele zwęszyli interes. Szli wykopać haszysz, a potem zaczepiali młodzież, która przejmowała towar za jakieś grosze, flaszkę lub najczęściej jabola. Wszyscy byli zadowoleni — uśmiecha się 38-letni dziś Marcin.
 
Co oczywiste, i co potwierdzał choćby radny Trzepacz, starano się ukrócić cały proceder. W tym celu część żużlu wrzucono do jeziora wirowskiego. W żaden sposób nie powstrzymało to jednak amatorów palenia.
 
- Ludzie wiedzieli, gdzie jest, więc normalnie łowili ten haszysz. A potem znów działali według znanego schematu — dopowiada. Inną opcją był także wyjazd do pobliskich Żydowców. Jeśli wierzyć relacjom świadków, część towaru można było nabyć u źródła, czyli w osławionym „Wiskordzie”.
 
- Gdy zorientowali się w całym zamieszaniu, przestali sprzedawać swój żużel, który w dalszym ciągu znajdował się na terenie zakładów. Z licznym opowieści wiem, że wystarczyło opłacić strażników, tzn. dać im trochę grosza lub jakąś wódkę, a oni brali szpadel i potem przerzucali hałdę zza płot — uznaje Andrzej ze Szczecina.
 
Choć brzmi to, co najmniej szokująco, dystrybucja narkotyków stała się powszechnym zjawiskiem, w którym uczestniczyli nie tylko amatorzy palenia haszyszu, ale też uczniowie szkół oraz osoby niemające problemów z prawem. 
 
Nasi rozmówcy, pytani o to, jak możliwe jest, że sytuacja doszła aż do takiego poziomu wskazują na specyfikę lat 90. oraz miejsca, w którym rozgrywał się spektakl, a więc obszaru pogranicznego.
 
- To były inne czasy, a dokładniej lata transformacji ustrojowej. Mieszkaliśmy blisko granicy, więc powszechnie znany i przede wszystkim tolerowany był proceder „jumy”. Gdy jakaś grupa jechała na nią do Niemiec, zbierała zapisy na produkty, które miała przywieźć. Ludzie zamawiali je, wiedząc, z jakiego źródła będą pochodzić — uznaje Jakub.
 
Jak jednak do „jumy” ma się poruszana kwestia powszechności narkotyków? Zdaniem innego z rozmówców,
oba procedery wpisują się w nurt, związany z charakterystyką czasów i przesunięciem obyczajowości.
 
- Wtedy było tak jakby społeczne przyzwolenie na taką działalność. Wiadomo, że w przypadku złapania groziły kary, ale nikt nie traktował tych procederów jako przestępstwa. Ludzie nie mieli poczucia, że tzw. „juma” czy posiadanie haszyszu jest czymś złym. Były wtedy tak powszechne, że przestano odbierać je, jako coś złego. Sam haszysz miał zupełnie inny wydźwięk niż obecnie — tłumaczy Paweł, dodając, że ludzie nie obawiali się przyłapania na gorącym uczynku.
 
- Na tapecie były kradzieże aut czy handel wódą. Narkotyki dopiero się u nas zaczynały. Policjanci nie wiedzieli, co to „gandzia”, a co dopiero, jak ją wytropić. Zresztą było tego tak dużo, że było to nie do wytropienia — zaznacza.
 
Skala problemu spowodowała, że sprawą zainteresowały się media i prasa. Trudno przyjąć, więc, że policja znajdowała się poza kręgiem wiedzy i nie podjęła żadnych działań zapobiegawczych. Nie zmienia to faktu, że lata 90. prezentowały się pod tym względem bardzo kolorowo. 
 
 
Grzegorz Racinowski
 
*nasi rozmówcy zastrzegli swoją anonimowość 

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu