eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Jaki powinien być prezes Energetyka?

W poprzednim tygodniu wpadłem na Marka Hipsza. Przypomniało mi to, że wciąż jest on prezesem Energetyka i będzie nim jeszcze przez co najmniej osiem miesięcy. Niesiony niecodziennym zdarzeniem (działacz odpowiedział na moje „dzień dobry”, co nie zawsze było regułą), wbiegłem do redakcji, czerwonym flamastrem kreśląc w kalendarzu czerwiec 2020. „Wybory w KSE” – dopisałem w nagłówku, jeszcze raz, dla pewności, przejeżdżając pisakiem po całym miesiącu.

Data dniowa podsumowania czterolecia rządów, nie została wszak jeszcze ogłoszona. Znając życie, sam poznam ją w ostatniej chwili, najwcześniej 2-3 dni przed walnym, na które nie zostanę zresztą pewnie wpuszczony, tak jak miało to miejsce w 2016 r.

Dziennikarze lubią domysły, insynuacje, a niekiedy kreowanie rzeczywistości. W naszej małej ojczyźnie sprzyja temu fakt, iż Marek Hipsz nie rozmawia z mediami i niewiele osób wie, co siedzi mu w głowie. Mówiąc wprost, niezbadane są jego wyroki (i decyzje). Co prawda, jakiś czas temu miał namaścić na swojego następcę Kazimierza Koczana, lecz mimo upływu tygodni, żaden ruch nie został wykonany. Czyżby M.H. szykował się z niespodzianką na czerwiec 2020? A może znów pokusi się o start w wyborach i walkę o czwartą kadencję na prezesowskim stołku? Myślimy, że dzisiaj nie wie tego nawet sam zainteresowany a ostateczna decyzja będzie wypadkową chwili. Warianty są dwa:

 

  1. Energetyk jest liderem klasy okręgowej – „Na skutek braku pomocy miasta zespół spadł do A-klasy, ale w ciągu dwóch sezonów, dzięki zaangażowaniu piłkarzy i działaczy, udało się odbudować gryfińską piłkę, w oparciu o wychowanków. Zostaję więc, by kontynuować wspólną misję”.

 

Albo:

 

  1. Energetyk nie jest liderem i nie uzyska awansu do 4.ligi – „Nie chcę zostawić klubu na lodzie, lecz pomóc w odbudowie lokalnej piłki nożnej”.

 

Oba cytaty to oczywiście nasz wymysł, chociaż niezupełnie. W przeszłości, Hipsz wypowiadał bowiem podobne zdania, argumentując w ten sposób start w wyborach na prezesa w 2016 r. (cytat nr 1) oraz pozostanie na stanowisku po wycofaniu drużyny z 3.ligi  2018 r. (cytat nr 2).

Jeśli znów postanowi kandydować, pewne jest, że po raz czwarty wygra wybory. Jak informował nas wiceprezes Bogdan Kosmalski, KSE liczy aktualnie kilkunastu członków, ludzi ściśle związanych z zarządem. W gronie tym nie ma więc zawodników Energetyka. Gdy przyjdą na Walne Wyborcze, czeka ich przykra niespodzianka. Dowiedzą się wówczas, że nie opłacali składek członkowskich (kiedyś robił to automatycznie klub) i wzorem piłkarzy rezerw sprzed czterech lat, pocałują klamkę w Wodniku.

A może tylko demonizujemy pana Marka, który zgodnie z danym słowem, honorowo ustąpi miejsca komuś innemu? Wiem, że obracam się teraz w świecie baśni i fantazji, ale… co jeśli poleci na swoje miejsce Kazimierza Koczana, namaszczając do na następcę?

Ruch ten zapewne wywoła zadowolenie u części kibiców. Raz, że Hipsz w końcu ustąpi, dwa - pan Kazimierz kojarzony jest z sukcesami i wywindowaniem zespołu z Pniewa do 5.ligi. Czy doświadczenia z tym związane mogłyby przysłużyć się KSE? Absolutnie. Wszystko rozbija się o specyfikę obu miejsc. Praca w niewielkim, wiejskim klubie, różni się od działalności na rzecz klubu z miasta. Energetyk i Błękit, jeszcze rok temu, rywalizowały ze sobą w A-klasie, ale wybierając nowego prezesa nie chodzi przecież o to, by kontynuować ten trend. Kazimierz Koczan sprawdzał się w Błękicie Pniewo, bo zadania, jakie realizował leżały w jego kompetencjach. Aby klub, pokroju Błękitu, funkcjonował na dobrym poziomie, wystarczy zadbać o doraźne kwestie, jak stan boiska, uzupełnienie papierologii w związku, czy samopoczucie zawodników (podwózka na mecz i z meczu, kiełbasa po spotkaniu, zwrot za buty, czyste koszulki).  To zaspokojenie podstawowych potrzeb, które w większych klubach, z aspiracjami, nie mogą stanowić clou działalności, lecz być punktem wyjścia do realizacji istotniejszych, szerszych zadań.

Praca na rzecz klubów wiejskich i podmiejskich przypomina swoją specyfiką sytuację Polonii w latach 60. i 70. Prezesem był Florian Geisler, człowiek, który potrafił załatwić wszystko, od butów, przez wyjazdy na mecze, po organizację obozu sportowego. To wystarczyło, ale tylko do czasu. Gdy przy Sportowej pojawiły się pieniądze z Dolnej Odry, patron wymógł stworzenie zaplecza organizacyjnego. Do budowy nowego pionu administracyjno-sportowego zatrudnił specjalną grupę ludzi. Byli co prawda na etatach w elektrowni, lecz nie przebywali na jej terenie, zajmując się wyłącznie sprawami „Energii”. Już wtedy wiedziano, że doraźne działania nie wystarczą, do tego, by grać na centralnym szczeblu.

Kazimierz Koczan, którego lubię, cenię i szanuję, w moim odczuciu nie jest więc dobrym kandydatem na prezesa Energetyka. Na działacza, owszem, ale nie na osobę, której głównym zadaniem będzie wytoczenie nowej wizji rozwoju. Energetyk potrzebuje strategii obejmującej nie tylko najbliższy miesiąc, jedną rundę, bądź kolejny sezon, lecz całej kadencji, a nawet dekady. Prezesem KSE powinien zostać człowiek nie tylko znający od podszewki specyfikę piłkarskiego środowiska, ale również potrafiący pracować i zarządzać ludźmi. No i oczywiście, pozyskiwać środki zewnętrzne, a nie tylko wykłócać się z gminą o dodatkowe 20, czy 50 tysięcy, bądź małą dotację na płot. Musi to być działacz, który zjednoczy środowisko, a zarazem będzie posiadał narzędzia do odbudowy klubu. Co oczywiste, powinien otoczyć się ludźmi zaangażowanymi w swoistą pracę u podstaw, pomagającymi w codziennych sprawach i dbających o to, by atmosfera na linii zarząd-zespół była jak najlepsza. Tu właśnie, a nie na stanowisku głównego stratega, widziałbym miejsce dla Kazimierza Koczana.

Z drugiej strony, jeśli mam wybierać między Hipszem a Koczanem, to niech już pan Kaziu będzie sobie tym prezesem.

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu